Azja, Nepal, Podróż dookoła świata, Świat

Piękno Himalajów – trekking wokół Annapurny.

15 listopada 2015
anna

Nepal – niewielki kraj położony u stóp Himalajów zdumiewa na każdym kroku. Dzika przyroda, zatłoczone miasta, kolorowe targi, tarasy ryżowe, dżungla, tysiące stup i klasztorów oraz niezliczona ilość trekkingów do wyboru. To właśnie ostatni aspekt powoduje, że kraj ten jest jednym z najbardziej atrakcyjnych azjatyckich kierunków. Potencjalny turysta może wybierać pomiędzy godzinnymi szlakami, kilkudniowymi wycieczkami, a tygodniowymi wyprawami.

Mimo, że i nas zawsze ciekawiło zobaczenie kraju, w którym czas się zatrzymał, to głównym powodem dla którego wybraliśmy Nepal (zresztą dość spontanicznie) były właśnie góry. Kusił Everest Base Camp, fascynował Poon Hill trekking, jednak ostatecznie udaliśmy się w region Annapurny – otoczony szczytami siedmiotysięczników i jednym ośmiotysięcznikiem, słynący z pięknych krajobrazów, różnorodnych warunków przyrodniczych i geograficznych, autentycznych wiosek oraz w miarę dobrze rozwiniętej infrastruktury turystycznej, co ułatwiło całą wyprawę.

Szybko okazało się, że nasza 9 dniowa wyprawa wokół Annapurny była największym podjętym przez nas wyzwaniem. Nie tylko górskim, ale i życiowym.
Były momenty, w których mówiłam, że nie zrobię ani kroku dalej, w których z bezsilności krzyczałam i rzucałam kamieniami w doliny, w których miałam łzy w oczach, w których po prostu szłam przed siebie z zaciśniętymi zębami i w których miałam ochotę zawrócić. Ale było za późno.

Nienawidziłam uśmiechniętej Kanadyjki, która z entuzjazmem i brakiem jakiegokolwiek zmęczenia opowiadała jak cudownie się idzie i jak wspaniałe otaczają ją krajobrazy. Ostatnim tchem rozmawiałam z grupą francuskich emerytów, którzy wydawali się być najszczęśliwsi na świecie wspinając się na punkt widokowy znajdujący się nad miasteczkiem Manang. Nie potrafiłam zrozumieć młodego Austriaka, który jako przewodnik odbywał tę trasę już siódmy raz.
Fakt, podziwiałam ich wszystkich, ale w tamtych chwilach wydawali mi się… szaleni.

Przemierzając kolejne wąwozy, doliny, mosty i rzeki na zmianę towarzyszyła mi złość, zmęczenie pomieszane z fascynacją i  zdziwieniem. Nie wierzyłam, że gdzieś może być tak pięknie, dziko, naturalnie i…cicho. Z każdą koleją pokonaną górą byłam coraz silniejsza. Być może zabrzmi to dość patetycznie, ale nigdy nie byłam z nas tak dumna, jak wtedy gdy zdobyliśmy przełęcz Throng La. Długo nie mogłam uwierzyć, że osoba, która nigdy nie była nad Morskim Okiem, która do Zakopanego przyjeżdża na imprezy i która nigdy nie lubiła górskich wycieczek szkolnych – wspięła się na 5500 metrów!

Nie będziemy próbować nawet opisać tych 9 wspaniałych dni, bo to nie możliwe. Ilość napotkanych ludzi, wypitych herbat, nieprzespanych nocy, cudownych krajobrazów, wspomnień, rozmów o przyszłości przy lokalnym winie, kąpieli w lodowatej wodzie oraz momentów, w których chciałam się poddać, jest nie do opisania, więc jedyne co postaramy się zrobić to chociaż trochę przybliżyć Wam nas czas spędzony w Himalajach, który był po prostu – magiczny.

Dzień 1
Pokhara – Dharapani (1860)

O 6 rano stawiamy się na dworcu autobusowym w Pokharze. Wsiadamy do jak zwykle zatłoczonego autobusu i górskimi drogami udajemy się do Beshishar – małego miasteczka, które jest miejscem rozpoczęcia trekkingu. Czas nas jednak goni,więc postanawiamy rozpocząć z trochę wyższych partii i dojechać do miasteczka Chame.  Nie pozwala na to jednak kryzys paliwowy, który skutecznie utrudnia nam transport po całym Nepalu.

Łapiemy kierowcę jeepa, który za zbyt wygórowaną kwotę postanawia nas zabrać na pace do Dharapani. Oczywiście do samochodu, jak i na pakę da się wpakować tyle ludzi ile akurat wymaga tego sytuacja i chociaż początkowo jedziemy tylko w 5 (my, dwóch mężczyzn i pijana Hinduska) to już po 2 godzinach dołącza do nas kolejna kobieta, mnich i trzy skrzynki piwa Tuborg.

Mimo, że Besisahar a Dharapani dzieli 40 km to nasza podróż trwa bite 8 godzin. Droga jest kręta, dziurawa, a jeep musi pokonać 1000 metrów przewyższenia. Gdy zapada zmrok jazda zaczyna robić się bardzo niebezpieczna. Wyższe partie pełne są urwisk i dolin, a szosa ledwo mieści na szerokość nasz pojazd. Bywają momenty, że samochód praktycznie wisi na krawędzi, a my z przerażeniem patrzymy w przepaść. Jesteśmy jednak jedynymi, którzy się tym przejmują – miejscowi i kierowca zdają się wydawać wyluzowani.
Do Dharapani docieramy około 21, znajdujemy nocleg i kładziemy się spać.

G0211937 G0221983

Dzień 2
Dharapni (1860) – Chame (2670)

Wstajemy o 6, jemy śniadanie i ruszamy. Nasz pierwszy dzień prawdziwego trekkingu, więc czujemy pewną ekscytację i podniecenie. Ruszamy! Pierwsza miejscowość, spotkanie z grupą Polaków, rozmowy, dość prosta chociaż wymagająca wspinaczka, kilka mostów linowych do pokonania,  przerwa na batonika w Timang, towarzystwo góry Lamjung Himal oraz pięknie ośnieżony szczyt Annapurny II (7937) i po 5 godzinach jesteśmy w uroczej miejscowości Chame, w której znajdujemy swój pierwszy darmowy nocleg.  Starsza kobieta zaprasza nas do swojego guesthousu, w którym przy starym piecu opalanym drewnem jemy kolacje.

Bez nazwy-1 IMG_0116 IMG_0100 IMG_0088 IMG_0134 IMG_0197Bez nazwy-3 Bez nazwy-2 IMG_0222 IMG_0237 IMG_0211 IMG_0261 Bez nazwy-5 IMG_0301 IMG_0310 Bez nazwy-4 Bez nazwy-6 IMG_0270 IMG_0272 IMG_0277 IMG_0284 IMG_0317 IMG_0318 IMG_0351 IMG_0385 IMG_0362 IMG_0371 IMG_0369 IMG_0367 IMG_0363 IMG_0405 IMG_0421 IMG_0433 IMG_0429

Dzień 3
Chame (2670) – Lower Pisang (3200)

Szczyt Annapurny II (7937) towarzyszy nam przez cały dzień. Droga już na początku powoduje trudności. Ostre podejścia, kamienista szosa i duża ilość zakrętów. Wszystko jednak wynagradzają piękne widoki. Doliny, porośnięte szczyty, rwąca rzeka, surowy krajobraz i wydrążone w skale szlaki tworzą kolorową mozaikę.
W Lower Pisang po raz kolejny udaje nam się znaleźć darmowy nocleg i w małym drewnianym pokoiku zasypiamy ze zmęczenia od razu po kolacji.

IMG_0464 IMG_0483 IMG_0478 Bez nazwy-6 IMG_0486_fhd IMG_0470 Bez nazwy-8 IMG_0519 IMG_0531 IMG_0554 IMG_0560 IMG_0562 IMG_0568 Bez nazwy-7 IMG_0571 IMG_0583 IMG_0590 IMG_0597 IMG_0602 IMG_0610 IMG_0614 IMG_0647 IMG_0651 IMG_0658 IMG_0659 IMG_0660 IMG_0662 IMG_0667 IMG_0702 IMG_0705 IMG_0711 IMG_0715 IMG_0725 IMG_0731 IMG_0735 IMG_0749 IMG_0765 IMG_0773

Dzień 4
Lower Pisang (3200) – Manang (3540)

Poranek jest mroźny, więc ubieramy się w czapki, kurtki i rękawiczki. Pierwsze podejście to mordęga. Nachylenie jest gigantyczne, a żwir i kamienie uciekają między nogami. Na samej górze czeka na nas jednak wspaniały punkt widokowy, z którego można podziwiać doliny oraz pobliskie wioski. Stamtąd droga zaczyna robić się przyjemna i przypominać bardziej spacer niż trekking. Przez cały dzień na swojej drodze spotykamy tylko kilka osób. Wszystkie te piękne, surowe widoki mamy tylko dla siebie. Otoczeni pięciotysięcznikami, pod czujnym okiem Annapurny III (7555) mijamy kolejne wioski, w których kupujemy jabłka i podglądamy tradycyjny styl życia mieszkańców.
Do Manang, pięknej, malowniczo położonej miejscowości docieramy stosunkowo szybko, co pozwala nam nabrać sił przed kolejnym dniem. Dniem aklimatyzacji.

IMG_0789 IMG_0814 IMG_0806 IMG_0804 IMG_0799 IMG_0793 IMG_0795 IMG_0815 IMG_0820 IMG_0822 IMG_0827 IMG_0834 IMG_0836 IMG_0841 IMG_0844 IMG_0847 IMG_0859 IMG_0866 IMG_0896 IMG_0898 IMG_0901 IMG_0902 IMG_0907 IMG_0908 IMG_0913 IMG_0914 IMG_0916 IMG_0920 IMG_0935 IMG_0943 Bez nazwy-10 IMG_0949 IMG_0951 IMG_0957 IMG_0959 IMG_0963 IMG_0972 IMG_0976 IMG_0982 IMG_0986 IMG_0988 IMG_0991 IMG_0997 IMG_0999IMG_1002 IMG_1008 IMG_1010 IMG_1012 IMG_1018 IMG_1034 Bez nazwy-11 IMG_1043 IMG_1057 IMG_1060 IMG_1068 IMG_1080

Dzień 5
Manang (3540) – połowa drogi do Ice Lake (4600)

Dzień piąty jest dniem aklimatyzacji. O chorobie wysokościowej naczytaliśmy się wystarczająco dużo, by jej nie lekceważyć. Postanawiamy więc wybrać się na punkt widokowy (4100), znajdujący się na skale nad miejscowością Braga oraz nad Ice Lake (4600), by nasz organizm przyzwyczaił się do panujących wysokości.
Mijane wioski pokryte są kłębami kadzideł o cudownym, aromatycznym zapachu. Dzieci wybiegają na szlak krzycząc radosne Namaste!, a z pobliskiego klasztoru rozbrzmiewają modły.

Oczywiście, już na początku, próbujemy skrócić sobie drogę, co powoduje konieczność wspinaczki po prawie pionowej skale, pełnej głazów i krzewów. Już po godzinie nie dajemy rady, a nasz oddech jest coraz płytszy. Ciśnienie robi swoje, ból głowy powoli rozrywa czaszkę, a na punkt widokowy wchodzimy praktycznie na czworaka. Widok faktycznie jest imponujący, a ilość kolorowych chorągwi powiewających na silnym wietrze, daje niesamowite wrażenie.

IMG_1093 IMG_1105 IMG_1102 IMG_1101 IMG_1099 IMG_1097 IMG_1110 IMG_1123 Bez nazwy-12 IMG_1154 IMG_1157 IMG_1165 IMG_1175 IMG_1190 IMG_1193 IMG_1204 IMG_1207 IMG_1210 IMG_1211 IMG_1215 IMG_1221 IMG_1223 IMG_1232 IMG_1237 IMG_1258

Po 15 minutowym odpoczynku ruszamy dalej w stronę Jeziora. Trasa staje się bardzo nieznośna. Każdy krok sprawia ból i nic nie jest w stanie odwrócić naszej uwagi od stromego podejścia. Droga ciągnie się w nieskończoność, a każda pokonana góra daje nadzieje. Mijają kolejne dwie godziny, a na horyzoncie nie ma ani ludzi, ani Jeziora. Po raz kolejny staramy się skrócić drogę i idziemy na przełaj gór. Mijamy biegnące w oddali stada góskich kozic oraz jeleni i zastanawiamy się jak bardzo głupi jesteśmy schodząc z utartego szlaku, który po chwili tracimy z oczu. Jesteśmy wycieńczeni, źli, a choroba wysokościowa daje o sobie znać, w najgorszym z możliwych momentów.

Do Ice Lake nie docieramy, a zejście z góry zajmuje nam kolejne godziny i kosztuje nas mnóstwo sił, jedno nadwyrężone kolano i gigantyczne zakwasy. Gdy docieramy do Manang jest już prawie ciemno.

IMG_1264 IMG_1265 IMG_1278 IMG_1325 IMG_1328 IMG_1330 IMG_1338 IMG_1344 IMG_1349 IMG_1352 IMG_1355 IMG_1361 IMG_1363 IMG_1367 IMG_1368 IMG_1375

Dzień 6
Manang (3540) – Thorungi Phedi (4450)

Poranek jest bolesny, a perspektywa pokonania kolejnych 1000 metry w górę niezbyt optymistyczna.  Zwlekamy się z łóżka i już po 10 minutach jesteśmy gotowi do drogi. Mając w głowie nasz męczący trekking z dnia poprzedniego już nic nam nie straszne, a i droga mija dość przyjemnie, w obecności gór Syagang (6026) i Gundang (5312). Po raz kolejny jesteśmy praktycznie sami na szlaku, a trudności dostarcza nam tylko ostatnie podejście pod schronnisko, w którym mamy spędzić noc. Długo zastanawiamy się czy nie iść dalej i dotrzeć do High Campa (4925) jednak ilość opinii o nieprzespanych nocach, na takiej wysokości skutecznie nas od tego pomysłu odwodzi.
Noc spędzamy w małej lepiance, z ziemią na podłodze, w schronisku, w którym koło godziny 21 zamarza cała woda.
Koło 22 wychodzimy ze swojego domku. Ze wszystkich stron otaczają nas góry na tle rozgwieżdżonego nieba. Przez chwile nie potrafimy uwierzyć, że jesteśmy tak wysoko, że gdzieś może być tak pięknie, tak cicho i że jesteśmy bliżej natury niż kiedykolwiek.

Spać kładziemy się z myślą, że już następnego dnia zdobędziemy najwyższy szczyt na naszej trasie.

IMG_1420 IMG_1424 IMG_1434 Bez nazwy-13 IMG_1439 IMG_1462 IMG_1494 IMG_1467 IMG_1492 Bez nazwy-14

Dzień 7
Thorung Phedi (4450) – przełęcz Thorung La Pass (5416)  – Muktinath (3760)

Dzień 7, nazwany przez nasz pieszczotliwie dniem zagłady. Godzina 4 rano.
Pierwsze przewyższenie pokonuje nas od razu. Wspinaczka do High Campu przy temperaturze bliskiej zeru stopni nie jest niczym przyjemnym. Głowa po raz kolejny daje o sobie znać, nogi proszą o litość, a my sami ledwo łapiemy oddech. Mroźny wiatr maltretuje jedyny odkryty kawałek naszego ciała – nasze twarze. Brak porządnej, ciepłej odzieży zastępujemy koszulkami obwiązanymi wokół ust. Nie wyglądamy najprofesjonalniej, ale przynajmniej jest nam ciepło.
Gdy na horyzoncie pojawia się schronisko jesteśmy najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Nie ma jednak czasu na odpoczynek czy świętowanie – na szczycie musimy być przed 11, bo wtedy zaczyna mocno wiać.

Kolejne godziny mijają nam na dojściu na przełęcz. Po raz kolejny nasza cierpliwość zostaje wystawiona na próbę. Każda kolejna góra przed nami nie zwiastuje przełęczy. W końcu docieramy, a naszym oczom ukazuje się kolorowe miejsce pełne roześmianych ludzi.  Wszyscy krzyczą, tańczą i świętują. Nie tylko nas zdobycie Thorung La Pass kosztowało wiele wysiłku. Początkowo patrzymy na to wszystko z boku, chyba jeszcze nie dowierzamy, że po 7 dniach, w końcu tutaj doszliśmy. Łza kręci mi się w oku – tym razem z radości.
Pijemy jedną buteleczkę Finlandii, która dostaliśmy od Fanki i Krzysia, świętując tym samym największe fizyczne osiągnięcie w naszym życiu i już po chwili kierujemy się w stronę miasteczka.

IMG_0287 IMG_0291 IMG_0294 IMG_0301 IMG_0305 IMG_0310 IMG_0312 IMG_0317 IMG_0320 IMG_0322 IMG_0326 IMG_0332 IMG_0335 IMG_0344

Z perspektywy czasu nie potrafię powiedzieć co było gorsze – wchodzenie na przełęcz czy schodzenie z niej. Droga w dół ciągnie się w nieskończoność. Jest stromo i co chwile ślizgamy się na drobnych kamieniach. Kolano po raz kolejny nie wytrzymuje przesilenia. Chce mi się płakać i krzyczeć. Po 2 godzinach oznajmiam Rostkowi, że nie schodzę niżej i zostaję. Każda jego próba spokojnego wytłumaczenia mi, że to nic nie da i że muszę się przełamać kończy się moim krzykiem i rzucaniem kolejną garścią żwiru w przepaść. Nie mam już siły, jestem zła i zmęczona. Zdaję sobie sprawę, że zachowuję się jak księżniczka męcząc bogu-ducha winnego Rostka, jednak moja frustracja jest znacznie silniejsza.

Napady złości i bezsilności miewam jeszcze kilka razy. W końcu po 5 godzinach docieramy na dół, pozwalamy sobie na luksus (pokój z łazienką) i po kolacji zasypiamy jak zabici.

IMG_0364 IMG_0367 IMG_0372 IMG_0373 IMG_0377 IMG_0378 IMG_0381 IMG_0389 IMG_0392 IMG_0392 IMG_0400 IMG_0405 IMG_1510

Dzień 8 i 9
Muktinath (3760) – Tukuche (2590) – Lete (2480)

Kolejne dwa dni mijają nam bardzo przyjemnie. Trasa przez większość czasu prowadzi w dół lub po płaskim terenie. Krajobraz jest już o wiele mniej dziewiczy, a trekking utrudnia droga po której ze wzmożoną częstotliwością mijają nas jeepy i busy,  zostawiające za sobą kłęby kurzu.   Docierając do Lete znajdujemy autobus do Ghasy, a później do Beni, skąd wracamy do Pokhary, kończąc tym samym trekking.

IMG_0459 IMG_0467 IMG_0471 IMG_0480 IMG_0477 IMG_0486 IMG_0489 IMG_0496 IMG_0447 IMG_0442 Bez nazwy-16 IMG_0439

Także warto przeczytać...

5 Comments

  • Reply Palambak - ukryty skarb Sumatry. - Świat według RostkówŚwiat według Rostków 22 listopada 2015 at 12:50 am

    […] był miejscem, w którym mogliśmy zregenerować siły po Nepalu i trekkingu wokół Annapurny, miejscem naszych wakacji od wakacji, miejscem gdzie mogliśmy nic nie robić, a jednocześnie […]

  • Reply Azja - ceny transportu, atrakcji i noclegów. - Świat według RostkówŚwiat według Rostków 9 marca 2016 at 1:26 pm

    […] Piękno Himalajów – trekking wokół Annapurny. […]

  • Reply agata 21 czerwca 2016 at 1:31 pm

    Czesc! Mam pytanie fotograficzne: jak radziliscie sobie z ladowaniem baterii (lub ile zapasowych) i jakie etui na aparat polecacie na trekking, torbe biodrowa czy moze cos innego? Pozdrawiam i gratuluje swietnego bloga!

    • Reply Sandra 22 czerwca 2016 at 1:11 pm

      Hej :)
      całą podróż objechaliśmy bez etui, aparat zawsze noszę na szyi :) jest mi wygodniej i zawsze mam go pod ręką, żeby „uchwycić” chwilę :) mimo, że jest dość ciężki nie przeszkadzał mi za bardzo nawet podczas wspinaczki :)

      Mieliśmy dwie baterie naładowane na full :) nie musieliśmy ich ładować :) ale w schroniskach jest prąd i ładowanie kosztuje od 1-5 dolarów za ładowanie konkretnej rzeczy :) im wyżej tym drożej :)

      • Reply agata 25 czerwca 2016 at 12:16 pm

        Dzieki za info! Zwykle tez nosze na szyi (biedny aparatek), ale zaczelam myslec o tym, ze moze nie tylko w czasie trekkingu, ale i w podrozy po Indiach i Nepalu, byloby bezpieczniej z etui.

    Leave a Reply

    Current ye@r *