Bagażnik ledwo się domykał, na tylnym siedzeniu leżały porozrzucane ciuchy, a ze schowka wypadały kosmetyki. Mieliśmy wyjechać przed południem, ostatecznie w trasę ruszyliśmy po 17. Bezproblemowo minęliśmy granicę ze Słowacją, przemknęliśmy przez pięknie oświetlony Budapeszt, noc spędziliśmy w samochodzie na stacji benzynowej, a o poranku mknęliśmy przez Węgry, które zapamiętamy głównie z malutkich wiosek z kolorowymi domkami, traktorów i mgły unoszącej się nad wysuszonymi łąkami.
Przejechaliśmy króciutki odcinek Chorwacji wciśnięty między 3 kraje i wjechaliśmy w całkowicie inny świat – do Bośni i Hercegowiny. Mijane przez nas wsie i miasta miały niesamowicie swojski klimat, nikt się nigdzie nie śpieszył, nie było chodników, na poboczu pasły się krowy, a na straganach urocze babuszki sprzedawały warzywa i owoce. Jesień pięknie potraktowała tą część Europy – łąki i polany mieniły się we wszystkich kolorach złota i czerwieni, a małe, porzucone gospodarstwa nadawały całości cudownego klimatu.
Późnym popołudniem dotarliśmy do Sarajewa, w galerii handlowej złapaliśmy internet, a kilka chwil później znaleźliśmy kolejną stację (z łazienką w bonusie!), zobaczyliśmy film na laptopie i poszliśmy spać. O poranku zmierzaliśmy już w stronę pierwszej „atrakcji” do odhaczenia na naszej liście – Mostaru.
Samo miasteczko nie wyróżnia się niczym specjalnym. Stara część Mostaru to nic innego jak brukowane uliczki obłożone straganami z pamiątkami i restauracjami z „autentycznymi” bośniackimi potrawami.
Większość turystów przyjeżdża tutaj dla Starego Mostu, wpisanego na listę dziedzictwa UNESCO. Ten kamienny most zawieszony jest nad rzeką Neretwą i przez długi czas był symbolem pojednania chrześcijaństwa z islamem, Wschodu z Zachodem oraz Chorwatów z Serbami.
Turkus wody pięknie komponuje się z białym kamieniem i kolorowymi drzewami i chodź miejsce jest naprawdę ładne, nie do końca rozumiemy jego fenomenu.
Ruszamy dalej w drogę, a przed nami chorwackie wybrzeże - i tutaj jesień stworzyła cuda…
Zaczerwienione winnice, żółte pola kontrastujące z niebieskimi jeziorami i Morzem Adriatyckim, zarumienione zbocza gór… nigdy nie przypuszczaliśmy, że ten wakacyjny kierunek będziemy oglądać w takiej odsłonie.
Droga do Dubrownika prowadzi przez soczyście turkusowe wybrzeże wzdłuż którego porozrzucane są malutkie, niepozorne wysepki, na których stoją domki z czerwonymi dachówkami. To chyba najbardziej charakterystyczny element Chorwacji, a kompozycję błękit, czerwień i biel pamiętam jeszcze z rodzinnych, wakacyjnych wypadów.
Dubrownik oglądamy w promieniach zachodzącego słońca z górującego nad miastem wzgórza…
Noc spędzamy na granicy Chorwacji z Czarnogórą.
Poranek nie należy do najprzyjemniejszych, ale widoki, które nas czekają wynagradzają wszystko. Jeszcze przed wschodem docieramy do Zatoki Kotorskiej. Gdy słońce zaczyna wschodzić na wodzie rozpoczyna się prawdziwa magia…
Nad Zatoką i małymi wysepkami unosi się mgła, a w oddali rybacy wracają z połowów.
W małym miasteczku Perast, w którym mieszka zaledwie 300 osób siadamy na brzegu. Na tafli wody unoszą się łódeczki, które pięknie komponują się z kościołem świętego Mikołaja. Całość wygląda jak z obrazka.
Po takim spektaklu inne mijane wioski już nie robią na nas wrażenia, ale samą Zatokę mamy ochotę zobaczyć z góry. Znajdujemy więc drogę i już po chwili pniemy się kilkanaście kilometrów po pętlach w górę.
Widoki z chwili na chwilę stają się coraz ciekawsze i bez wątpienia możemy powiedzieć, że to jedno z piękniejszych miejsc w Europie.
Gdy dojeżdżamy już prawie na sam szczyt, siadamy na zboczu i jemy śniadanie z pięknym widokiem.
Kilka godzin później mkniemy już czarnogórskim wybrzeżem, po drodze mijając Sveti Stefan, Budvę i inne urokliwe, nadmorskie miasteczka.
Po Czarnogórze kręcimy się jeszcze kolejny dzień i docieramy do Albanii, w której czas się zatrzymał…
Na autostradzie wybudowane są ronda i stoją znaki z ograniczeniem do 20km/h, po drodze szybkiego ruchu chodzą kozy i krowy, rowerzyści całą noc jeżdżą bez świateł, wszędzie roi się od bezpańskich psów, przy wylotówce mężczyźni sprzedają ryby w gigantycznych akwariach, samochody do nauki jazdy pełnią również rolę taksówki, a Albańczycy są nami nadmiernie zainteresowani.
Jakiś czas zajmuje nam, by oswoić się z tą nową rzeczywistością.
Zamku w Krui w planach nie mieliśmy, ale wiele osób na naszym fanpejdżu go poleciło, więc się tam wybraliśmy, łapiąc ostatnie promienie zachodzącego słońca.
Spacerujemy chwilę po okolicy i podziwiamy panoramę miasta, która pięknie mieni się w odcieniach golden hour.
O poranku ruszamy dalej…
Odwiedzamy plaże w okolicach Dhermi i Himare…
Podziwiamy z wysokich klifów dzikie wybrzeże….
Docieramy do Syri i Klteru, przypominającego z góry Blue Eye (czyli Niebieskie Oko). Kiedyś dostęp do tego miejsca miała jedynie elita, obecnie nie wiele osób tu dociera, więc miejsce dzieliliśmy jedynie z albańską rodzinką.
Przez kolejne dni błąkamy się po północnej Grecji, a następnie przez Macedonię ruszyliśmy w stronę Polski, podziwiając po drodze piękne jesienne obrazki.
A kilka dni późnij pijemy już z ekipą wino pod Wieżą Eiffla w Paryżu
11 Comments
Dzięki relacji i zdjęciom czułam się jakbym jechała z Wami na tylnym siedzeniu
Super road trip – trasa zdecydowanie do przetestowania w przyszłości!
super, mam już plany na jesien, ale gdyby nie wypaliły to plan b też już jest.
nie myśleliście kiedyś żeby trochę większe te zdjęcia pokazywać?
i ile zajęła Wam podróż?
Będziemy pracować nad nowym szablonem bloga, więc może się powiększą

Niecałe 10 dni
i starczyło, czy polecilibyście na dłużej?
Nam jest zawsze mało

Jeśli chodzi o taką „objazdówkę” to wydaje mi się, że jest wystarczająco, ale szkoda, że nie mieliśmy czasu na jakieś trekkingi
Świetnie trafiliście z tą jesienną pogodą! Zdjęcia piękne i przychylam się do postulatu Nieśmigielskiej, żeby je powiększyć
Trafiłam tu dziś przypadkiem szukając ciekawych informacji o podróży do Nowego Jorku i zakochałam się w Waszym blogu a przede wszystkim w Was. Jednocześnie zazdroszczę tylu podróży i podziwiam za dążenie do celu i spełnianie swoich marzeń. No i robicie przepiękne zdjęcia! Jestem zauroczona, zakochana i zafascynowana Wami i Waszymi podróżami.

Kocham podróże ale ze względów zdrowotnych muszą być one obwarowane różnymi środkami ostrożności co niestety jest kosztowne więc na za wiele nie mogę sobie pozwolić. Ale liczę, że w tym roku spełni się moje póki co największe podróżnicze marzenie – NY City
Pozdrawiam i na pewno będę tu u Was częstym bywalcem
Przecudowne zdjecia!! co za magia kolorow!!! aaah!!
Cudowne fotografie!
[…] poślubnej dookoła świata minął rok. Przez ten czas zdążyliśmy odkryć przepiękną Gruzję, przejechać samochodem Bałkany, poimprezować w Paryżu, poznać niezwykły Iran i spełnić jedno ze swoich marzeń z […]
[…] ze względu na covid, nie udało nam się odwiedzić Dubrovnika podczas wakacyjnej wyprawy, ale mieliśmy okazję zawitać tutaj podczas naszego jesiennego roatripa w 2016 roku i zgodnie musimy przyznać, że to chyba najładniejsze chorwackie miasto i mając więcej czasu […]