Ameryka Północna, Australia, Australia i Oceania, Azja, Borneo, Fidżi, Filipiny, Gwatemala, Indie, Indonezja, Malezja, Meksyk, Nepal, Nikaragua, Podróż dookoła świata, Salwador, Singapur, Świat, Tajlandia

Podróż dookoła świata: historie nieopowiedziane.

24 maja 2016
tył

Są takie historie, których nie opowiedzieliśmy, są takie, które zostawimy tylko dla siebie, ale jest też kilka, którymi chcielibyśmy się z Wami podzielić. Bo są fajne, czasem śmieszne, a z niektórych można się nawet czegoś nauczyć :)

 

Rostek – kwazimodo.

Nepal. Październik. Właśnie wróciliśmy do Pokhary z kilkudniowego trekkingu wokół Annapurny. Jedziemy rozklekotanym autobusem kiedy nagle Rostek oznajmia mi coś, czego nikt nie chce słyszeć podczas takiej podróży: „Sandra, boli mnie ząb”. „To pewno przejściowe” – mówię, chociaż znam mojego męża na tyle dobrze, że wiem, że skarży się rzadko. „Masz gdzieś ten ketonal na wierzchu?” – pyta, a ja zaczynam być przerażona, bo zmusić go do wzięcia jakiejkolwiek kapsułki jest problem, co oznacza, że musi być źle.
Daję mu jedną i w duchu modlę się, żeby przeszło, ale niestety, godziny mijają, a na twarzy Rostka pojawia się coraz większy grymas. Dzień później Rostek budzi się lekko opuchnięty.
Szybka konsultacja z wujkiem Google i wychodzi nam, że przewiało mu w górach kanały, nic strasznego – zdarza się i zazwyczaj mija. Ale Rostkowi nie mija i z dnia na dzień ból narasta, a i twarz się zniekształca. Pewnego pięknego poranka budzi się wyglądając o tak:

12213902_1087309994613230_1886594183_o

Nie ma wyjścia, trzeba iść do dentysty. Pierwszy strzał i okazuje się, że w Pokharze jest jeden i nawet po angielsku mówi! Sprawdzamy dokładnie opinie, referencje, osiągnięcia i po godzinie Rostek siedzi w nowoczesnym gabinecie, ja rozwiązuje Sudoku w recepcji. Gdy wychodzi minę ma jakby go z krzyża zdjęli. Dentysta oznajmia, że on nie wie, on nie potrafi, on nie może, rozwiercił dwa zęby, niby ropa, niby można to naprawić, ale on raczej si e tego nie podejmie, ale tutaj zaraz niedaleko jest szpital, więc trzeba tam iść i się tym zając. Płacimy szalone 5 dolarów za rozwiercenie dwóch zębów i diagnozę „ja nie wiem… ja nie potrafię…”, wsiadamy w taksówkę i chwilę później jesteśmy pod bramą szpitala.

Czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy. Sala na około 25 osób, jeden lekarz, jedna pielęgniarka i dziedziniec na środku po którym latają ptaki. Służba zdrowia w Laosie, którą również mieliśmy przyjemność odwiedzić to przy tym luksus.
Ochrona pokazuje nam skrzydło dentystyczne, ja zostaje odesłana do kasy by zapłacić za wizytę, Rostek idzie do gabinetu, w którym na pięciu krzesłach siedzi reszta pacjentów, słychać tylko przeraźliwe wiertła i pojękiwanie. Krzesło jest drewniane, lampa oświetlająca wyłączana co 2 minut, bo  „oszczędzają na prądzie”, narzędzia też nie pierwszej jakości. Nad Rostkiem z otwartą buzią stoi pierw jeden dentysta, potem kolejny, w końcu profesor i trzech stażystów. Wzdychają, chuchają, kiwają głową, w końcu przychodzi jakaś szycha, która miała akurat przerwę na lunch, kilka spojrzeń i już wie. Bolesny zabieg trwa z pół godziny. Wychodzę, bo patrzeć na to nie potrafię, a wokół krzesła Rostka i tak jest mały tłum, który nie dopuszcza mnie bliżej. W końcu wychodzi, z karteczką pełną leków, kolejnym rachunkiem i skierowanie do kolejnego dentysty, tym razem w stolicy.

Gdy następnego dnia opuchlizna lekko schodzi oddychamy z ulgą, ale, już trzy, rozwiercone zęby same się nie zaplombują, więc pędzimy w stronę Katmandu telefonicznie umawiając się z kolejnym dentystą.  Tym razem klinika na wypasie, dwa dni – dwa zabiegi, szybkie pytanie w stylu „woli pan złotą czy białą plombę”, rentgen wysłany na pamiątkę na maila i po 5 dniach Rostek zdrowieje.
Uff, nie żebym go nie kochała jak wyglądał jak Kwazimodo, ale wiadomo… :p

 

Na dachu w Manili

O Manili, stolicy Filipin, naczytaliśmy się tyle złego, że aż strach było jechać. Tylko tutaj rabują, gwałcą, porywają – nie jedź do Manili, krzyczały fora internetowe.  My do Manili pojechać bardzo chcieliśmy. Głównie dlatego, że jeżeli ktoś mówi, że nie warto to my właśnie chcemy to sprawdzić. Ale wiadomo, lepiej chuchać na zimne, więc z lotniska bierzemy taksówkę, a hotel zarezerwowaliśmy szybciej, żeby nie pałętać się po ‚szemranych dzielnicach’. Jest promocja i niezły hotelik w centrum ze śniadaniem dostajemy w miarę korzystnej cenie. Pech chce, że nasz lot jest w nocy i do hotelu docieramy około godziny 4 rano. Niby-uprzejma pani z recepcji oznajmia, że do pokoju możemy wejść najwcześniej o 9, w innym wypadku musimy zapłacić za pół nocy. Niby-uprzejma pani wie jednak, ze wypuszczenie nas o 4 nad ranem na zewnątrz nie jest najlepszy pomysłem, więc proponuje nam przeczekanie poranka na dachu, na którym znajduje się taras. Zgadzamy się i chwilę później wspinamy się na górę.
Otwieramy drzwi a naszym oczom ukazuje się nocna panorama Manili. Wchodzimy dalej i zastajemy malutki pokoik z sofami, elegancką drewnianą komodą, lampką z abażurem dającą delikatne światło oraz setki świątecznych lampek, bombek i malutka choinka. W powietrzu unosi się zapach goździków. Jest 8 grudnia, dwa dni po Mikołajkach i 4 miesiące po naszym ślubie. Będąc tak daleko od domu nie mogę sobie wyobrazić bardziej magicznej atmosfery świątecznej. Gdyby jeszcze nie to ciepło.
Ze zmęczenia zasypiamy w 10 minut wspominając jeszcze poprzednie święta. Miasto w oddali powoli budzi się do życia, światełka migają jak oszalałe, w choince odbija się oświetlony taras. Wierzcie albo nie, ale to jedna z najbardziej niezwykłych chwil podczas naszej podróży.
Niby nic, a tak wiele.

 

Czyli na tym świecie są jeszcze uczciwi ludzie?

Do pałacu w Yogjakarcie przychodzimy głównie, żeby odwiedzić podziemny meczet, ale też żeby popodziwiać tradycyjne indonezyjskie tańce. Siadamy gdzieś na skraju i z daleka przyglądamy się kobietom, które z niewiarygodnym skupieniem powtarzają kroki starszej kobiety. Ich spokój i poświęcenie tak bardzo mnie ujmuje, że zapominam robić zdjęć, ale przytomnieje i biegnę by uchwycić chociaż kilka kroków. Gdy wracam Rostek okrążony jest przez grupę chłopczyków z kartkami w ręce, pisze im swojego maila i wykopuje z czeluści nerki polskie złotówki. Dzieci zbierają monety z różnych stron  świata. Cieszą się, bo polskiej waluty nie mają jeszcze w swoich zbiorach. Po chwili odchodzą, a Rostek orientuje się, że nie ma swojej komórki. Pierwszy strzał pada na dzieciaki – pewno stary trik, trójka zagaduje jeden kradnie. Podchodzimy do dzieci, które akurat siedzą ze swoimi rodzicami na ziemi i zagadujemy, czy nie widziały telefonu lub czy może nie znalazły. Przerażone oczy patrzą na nas i kiwają mechanicznie głową w celu zaprzeczenia, a ich tata bierze sprawy w swoje ręce i już po chwili biega od ochroniarza do ochroniarza pytając czy nie widzieli opisanego Samsunga. Mężczyzna wraca zrezygnowany po 10 minutach i mówi, że niczego się nie dowiedział.
Przepadło. Było zamieszanie, ktoś skorzystał z okazji i właśnie wyrzuca naszą polską kartę lub co gorsza odpala właśnie internet i nabija nam rachunek. Kierujemy się jednak w stronę okienka z biletami, bo może jednak. „Jak wygląda?” – pyta starsza kobieta przy drewnianym stoliczku, „Samsung, w takiej fioletowej obudowie”. „Mhm…” potakuje i chwilę później przynosi zgubę.
Skąd ją wzięła? Do dzisiaj nie wiemy!

 

Świąteczna niespodzianka

„Może pomógłbyś mi znaleźć jakiś fajny pokój na święta?!” mówię do Rostka podirytowana leżąc pod dwoma kocami w pokoju w Agrze. Niedawno wróciliśmy z Taj Mahal, a za dwa dni Boże Narodzenie, które zamierzamy spędzić w New Delhi. „Tak, tak, zajmę się tym zaraz”.
„No pewno, nic Cię pierwsze wspólne święta jako małżeństwo nie interesują? tylko te Juve-sruwe byś oglądał” – zrzędzę niczym stara żona.
Pół godziny później mamy wybrany hotelik w samym centrum miasta z możliwością korzystania ze wspólnej kuchni. Rostkowi zostaje tylko opłacenie rezerwacji.
Następnego dnia wsiadamy w pociąg i po kilku godzinach jesteśmy w stolicy. Rostek   łapie pierwszą lepszą riksze, pokazuje panu adres na komórce i chwilę później jedziemy w stronę naszego hotelu. Jakież jest moje zdziwienie gdy zamiast przed zarezerwowanym przez nas miejscem mężczyzna wysadza nas przed pięciogwiazdkowym hotelem Fraser Suites. „Niespodzianka!” krzyczy Rostek, a ja patrzę na niego jak ogłupiała. „Bardzo śmieszne Rostkowski, doprawdy, nie rób se jaj, tylko wsiadaj i jedziemy, a nie tu pana biednego wykorzystujesz i jeździ z nami po całym mieście”. Ale Rostek mnie nie słucha tylko wyciąga nasze bagaże. Obok podjeżdżają taksówki, czarne eleganckie samochody, wychodzą kobiety w futrach, eleganccy panowie w garniturach.. no i pośród tego wszystkiego my: dwójka europejczyków w spranych bluzach, ze śpiworami w ręce i sfatygowanymi plecakami. Idealnie tutaj (nie)pasujemy.
Wchodzimy do środka – gigantycznej hali z prześwitem na wszystkie piętra i nasze bagaże odbiera obsługa hotelowa. Coraz bardziej mi głupio, ale Rostek wydaje się tym nie przejmować. Podchodzi do recepcjonisty, rozmawiają i chwilę później razem z hotelowym boyem i recepcjonistą jedziemy windą na czwarte piętro. Elegancik otwiera drzwi, a naszym oczom ukazuje się piękny apartament z wyposażoną kuchnią, dwoma telewizorami, dwoma pokojami i dwoma łazienkami!
Zaniemówiłam i do czasu aż dwójka mężczyzn nie wychodzi nie potrafię powiedzieć ani słowa. Potem rzucam się na Rostka piszcząc tak, że słychać mnie pewno gdzieś na dole przy recepcji.
„Dlatego tak bardzo starałem się nie poruszać tematu noclegów, bo znalazłem jakiś error cenowy i…” – ale ja już go nie słuchałam, bo nalewałam wody do wanny, w której nie kąpałam się od września :p

FRASERS SUITES - NEW DELHI

W wigilijny poranek udaliśmy się na targ po rybę, chlebek, warzywa, owoce. Koło godziny 16 indyjskiego czasu zasiedliśmy przy stole i zjedliśmy pierwszy wspólny wigilijny posiłek przygotowany w całości przez nas, w tle cały czas leciało RMF Święta. Zatańczyliśmy do kilku romantycznych kawałków, wieczorem połączyliśmy się z rodzinami i zjedliśmy kolejną, tym razem wirtualną kolację, a przed pójściem spać zobaczyliśmy „Kevina samego w Nowym Jorku” oraz „Listy do M”. I mimo, że byliśmy tak bardzo daleko od domu, z dala od wszystkiego i wszystkich to był to wspaniały czas. Bo razem, bo we dwoje.

IMG_1885

 

Dobro nie zawsze popłaca.

Jest godzina 18. Słoce chyli się ku zachodowi. W małej, lecz uroczej miejscowości Katherine wzięliśmy właśnie prysznic i jeszcze z ręcznikowym turbanem na głowie podjeżdżamy na stację benzynową by napełnić bak. Wracając Rostek rzuca na tył samochodu sakwę z pieniędzmi, zakrywa ją dwoma śpiworami i ruszamy w stronę naszego campingu w buszu. Przy drodze stoi dziewczyna z gigantyczną torbą na kółkach i łapie stopa. Zatrzymujemy się i pytamy dokąd zmierza. My niestety w planach mamy jeszcze tylko 40 kilometrów, ale blondynka mówi, że to nie problem i że i to dobre.
Dziewczyna, lat 28 jest z Estonii i pracuje przy wydobywaniu pereł niedaleko Broome. Zachowuje się dziwnie. Skacze po samochodzie, strasznie się wierci, rozsypuje zawartość całego portfela, przekłada torbę, ma straszny słowotok. Niby o coś pyta, ale widać, że nie oczekuje odpowiedzi. Nagle stwierdza, że chce być tutaj wysadzona i ona chyba wróci do Katheriny i się tam prześpi, bo w sumie nie ma żadnego namiotu, a jest już późno. Dziwimy się, ale wysadzamy dziewczynę na poboczu. Rostek zauważa jeszcze, że pod siedzeniem leży jej karta z bankomatu i szybko ją woła. Machamy sobie na pożegnanie i zostawiamy ją gdzieś w tyle.
Do buszu dojeżdżamy chwilę później, oglądamy kilka odcinków serialu i zasypiamy. Rano jak zwykle budzi nas stado dzikich i bardzo nieznośnych much. Ruszamy dalej w stronę Roadhouse’u żeby kupić coś do picia. Jakie jest nasze zdziwienie gdy otwieramy pustą sakwę, w której jeszcze wczoraj było 300 dolarów.
Przeszukujemy całe auto, kieszenie, wszystkie dziury – pieniądze przepadły. A z nimi nasza wiara w dobro ludzi.
Być może można mówić, że to nasza głupota, wszystko działo się tak szybko, że nawet nie pomyśleliśmy, że mamy schować pieniądze przykryte gdzieś pod dwoma warstwami puchowych śpiworów.
Kto by pomyślał, że okradzeni zostaniemy w jednym z najbogatszych państw na świecie?

 

Mrożący krew w żyłach powrót z Palambaku.

To, że w Azji mają całkowicie inne poczucie czasu wiedzieliśmy już dawno i wcale się nie zdziwiliśmy gdy umówiona na godzinę 12 łódka przypłynęła o godzinie 17. Razem z grupą studentów z Medan pomogliśmy zapakować torby i ruszyliśmy w stronę portu w Singkil. Podróż do najprzyjemniejszych nie należała – siedzieliśmy jeden na drugim na torbach i koszach, a fale poniewierały niewielką łodzią. Po 2 godzinach zapadł zmrok,w oddali ukazała się świecąca latarnia morska, a my naglę uderzyliśmy z hukiem o niewidoczną dla oka barierę z taką siłą, że prawie wylecieliśmy wszyscy za burtę.
Na pokłądzie nastała panika, a łódka po raz kolejny zaczęła się miotać. Szybko zrozumieliśmy, że utknęliśmy jakieś pół kilometra od brzegu na mieliźnie. Młody chłopak, który dowodził łajbą nie miał chyba zbytniego doświadczenia w tych sprawach. Puszczał silnik na największych obrotach, a wtedy łódka zaczynała kołysać się na wszystkie boki do bardzo niebezpiecznego kąta nachylenia. Kobiety zabrane po drodze z innej wyspy zaczęły panikować i wydzwaniać z płaczemy, najprawdopodobniej do swoich mężów, studenci zaczęli wariować i tylko kilkoro mężczyzn zachowało zdrowy rozsądek i zaczęło pomagać niedoświadczonemu kapitanowi, który coraz bardziej blokował się na mieliźnie.
W pewnym momencie łódka osiągnęła tak ostry kąt, że kilka kartonów spadło do wody. Zaczęliśmy się zastanawiać jak ratować swój dobytek w razie gdyby łódź przechyliła się całkowicie. Kobiety zaczynały jeszcze bardziej panikować i jeszcze głośniej płakać, kapitan wyglądał na bardzo poddenerwowanego, a my już w głowie mieliśmy obrazy gigantycznych rekinów, które na pewno zamieszkują te wody i rozszarpią nas na strzępy.
Trochę to trwało i kosztowało wiele nerwów, ale koniec końców po pół godzinnej walce z mielizną udało nam się dopłynąć do portu, gdzie mieliśmy ochotę pocałować ląd.

G0302267

 

Noc w porcie i wakacje na Karimunjawie

Do portu w Japarze dojeżdżamy późną nocą. Ceny pokoi nie zachęcają, a my mamy świadomość, że następnego dnia musimy wstać około 5 nad ranem. Szybka decyzja i postanawiamy spać w porcie. Noc jest ciepła, przyjemna i bardzo gwieździsta. Rozkładamy nasze czerwone śpiwory do środka których wsadzamy najważniejsze rzeczy: laptopa, aparat, kasę i dokumenty i po chwili zasypiamy. Gdyby nie gigantyczna ilość komarów można było powiedzieć, że noc minęła szybko i przyjemnie.
O poranku ustawiamy się w kolejce i już po chwili płyniemy promem w stronę Karimunjawy – niewielkiej wyspy położonej niedaleko Jawy. Podczas czterogodzinnego rejsu mamy jeszcze czas na krótką drzemkę na pokładzie.
Docieramy na miejsce, mijamy grupę riksiarzy i hotelowych naganiaczów i po chwili stoimy przed małym, kolorowym biurem podróży Seasky, które jest prowadzone przez Johna – wspaniałego mężczyznę, który słynie z bycia najbardziej pomocną osobą na wyspie. Od razu zasypujemy go mnóstwem pytań, na które nikomu nie chciałoby się odpowiadać, ale John robi to z przyjemnością. Szybko poleca nam też najtańszy nocleg w okolicy. Wypożyczamy u niego skuter i już po chwili stajemy przed prywatnym domem starszej kobiety, która za 5 dolarów za noc postanawia nas przenocować.
Minusem tego miejsca jest brak prądu, a malutki wiatrak w pokoju działa tylko raz w ciągu doby pomiędzy godziną 21, a 2 w nocy.
Zdecydowanie najgorsze jest to oczekiwanie. Klaustrofobiczny pokoik bez okien jest bardzo duszny, więc zasypianie sprawia wielką trudność, jednak jak już wiatrak zaczyna działać jesteśmy najszczęśliwsi na świecie. Biada tylko temu, kto obudzi się w środku nocy i poczuje na sobie, że prądu już nie ma.
W ciągu naszego pobytu na wyspie umówiliśmy się z Johnem kilkakrotnie na obiad i kolacje. John oprócz tego, że jest bardzo pogodną osobą, jest też osobą niezwykle utalentowaną i mądrą. Biegle mówi w 3 językach, wie wiele o historii  kraju, opowiada nam fascynujące historie, rysuje wspaniałe obrazki, doradza i zaskakuje wiedzą na temat Polski („a to prawda, że kobiece imiona w Polsce zawsze kończą się na literę a?” – zagaduje pewnego dnia).
W ciągu dnia zwiedzamy skuterem wyspę, snorkelingujemy, odkrywamy opuszczone plaże, a wieczorami chodzimy na targ, na którym serwują przepyszne, świeżo złowione ryby opalane na łupinkach kokosów.
Karimunjawa, z nie wiadomo jakich powodów, ma dla nas szczególne znaczenie.

IMG_0488

 

„You can’t always get what you want, honey”

Śpiewali Rolling Stones, a my przekonaliśmy się, że to prawda..

O wulkanie Rinjani marzyliśmy o dawna. Figurował wysoko na liście naszych „must” w Indonezji. Jednak trzy tygodnie przed naszym przyjazdem wulkan się zakrztusił, a wejście na szczyt zamknięto. Kilka dni później park otworzono, a do nas doszła radosna nowina, że możliwe jest dojście do brzegu krateru.

Przejechaliśmy więc cały Lombok, wypożyczyliśmy namiot i rozpoczęliśmy samodzielny trekking. Będąc już w III bazie zostaliśmy zatrzymani przez 5 strażników, którzy poinformowali nas, że nie mogą nas wpuścić wyżej. Początkowo podejrzewaliśmy, że chodzi o to, że nie mamy przewodnika i idziemy tam na własną rękę. Nie wierzyliśmy w teksty o „nagłym wybuchu”, zrezygnowani mężczyźni powiedzieli w końcu, że robimy to na własną odpowiedzialność, że potrzebują spisać wszystkie nasze dane i muszą zrobić nam zdjęcia, w razie gdybyśmy nie wrócili.
Ruszyliśmy dalej, ale już po kilkudziesięciu metrach zwolniliśmy – co jeżeli mówili prawdę, co jeżeli na górze naprawdę jest niebezpiecznie?
Długo siedzieliśmy na skale, omawiając wszystkie za i przeciw. W końcu wygrał „zdrowy rozsądek” i zawróciliśmy.
Gdy schodziliśmy przed parkiem rozwieszono wielki banner „Trekking is closed”, a wracając z Senaru widzieliśmy nad wulkanem gigantyczne kłęby dymu.
Czasem żałujemy że nie spróbowaliśmy, ale jest po co wracać.

 

„Kochanie, zgubiłem obrączkę”

-„Mam dobrą wiadomość! Okazało się, że sprzedali za dużo biletów i przenoszą nas do Qantas”
-„Eeee?”
-„No do takiej wyczesanej linii lotniczej”

Faktycznie Qantas okazuje się mieć wysoki poziom. Na pokładzie dostajemy dwa posiłki, lody, słodycze, pyszną kawę i nieograniczoną ilość napojów. Jestem na antybiotykach, ale mój mąż bawi się za dwóch. Pierwsza buteleczka wina, druga, trzecia, no i trzeba piwka skosztować… po chwili ogłasza, że idzie do ubikacji, a gdy wraca patrzy na mnie mętnym wzrokiem i oznajmia „Zgubiłem obrączkę”.
„Gdzie zgubiłeś obrączkę?!”
„No jakbym wiedział, to bym nie zgubił, he he, ale spokojnie kochanie ja mam wszystko pod kontrolą” i idzie ponownie do ubikacji. Wraca z kolegą, który chyba poczuł męską solidarność i postanowił pomóc mu szukać. Do akcji zaangażowane zostają również stewardesy , które przekopują kosze na  śmieci, po 10 minutach poszukiwań Rostek znajduje złoty krążek pod siedzeniem i jakby nigdy nic bierze łyk piwa i oznajmia „my precious” – cytując tym samym Goluma.
I to ma być przyszły ojciec moich dzieci ? :P

 

Najstarsza tatuażystka w Kalindze

Do Luplupy, małej miejscowości w północnym Luzonie na Filipinach nie tak łatwo się dostać, jednak po kilku przesiadkach stajemy przed jedynym w miasteczku hotelem. Drzwi zamknięte są na trzy spusty, wokół biega pełno świnek, kur, psów. Siadamy na ganku i czekamy, aż ktoś nam otworzy. Chwilę później podchodzi do nas Victor Baculi- sędziwy mężczyzna, szef wioski o którym piszą przewodniki. Poznaliśmy go od razu po śmiesznej brodzie i włóczykijowym kapeluszu.
Ucieszyliśmy się, że go spotkaliśmy, bo zależało nam, żeby to właśnie on zaprowadził nas do łowców głów – plemion, które zamieszkują górskie wioski. Victor uśmiechnął się tylko i stwierdził, że to już nie na jego lata i nie na jego serce, ale  z przyjemnością opowie  nam kilka historii i załatwi innego, młodszego przewodnika.
Przystaliśmy i na to i przez kolejne pół godziny słuchaliśmy o wojnach klanów, o historii Luplupy, o jedynym w okolicy hotelu, o kobiecie z Lonely Planet, która przyjechała tutaj jako pierwsza i rozpromowała to miejsce… Victor okazał się niezwykle pozytywną osobą, która była skarbnicą wiedzy i humoru. W końcu na ganku pojawiły się dwie dziewczynki i otworzyły nam hotel, ulokowały nas w pokoju i zaprosiły na kolację do siebie do domu. |
W Luplupie mieszkaliśmy zaledwie 3 dni, ale zdążyliśmy wczuć się w rytm tego górskiego miasteczka i w jego codzienne rytuały, a czas spędzony przy obiedzie z rodziną był naprawdę niesamowity. No i za każdym razem gdy spotkaliśmy w wiosce Victora gawędziliśmy niczym starzy znajomi.
W końcu trzeciego dnia każdy z nasz dostał wystrugany ręcznie kij i z młodym przewodnikiem, ruszyliśmy w stronę Buscalan – do wioski łowców głów. Szybko ucieszyliśmy się, że to właśnie Victor opowiedział nam o tym miejscu i o całej prowincji Kalinga, bo nasz przewodnik nie potrafił za wiele po angielsku.
Po dwóch godzinach marszu, a pod koniec wyczerpującej wspinaczki, dotarliśmy do wioski i poznaliśmy Fang-od ostatnią tatuażystkę plemienną. Tatuaże, które wykonuje ta 95 letnia kobieta są raczej proste, nieskomplikowane, widać jednak, że cały czas wykonuje je z wielką pasją. Codziennie do wioski przybywa sporo chętnych turystów by zrobić sobie takowy tatuaż. Obecnie łowców głów już nie ma i walki pomiędzy klanami ustały, ale Fang-od do dziś pamięta najznakomitszych wojowników, którzy po każdej walce przynosili kilka ściętych głów.

IMG_0156

 

Indie: zakaz wjazdu

Wiza do Indii załatwiana online obowiązuje tylko na kilku lotniskach. Szybko załatwiamy formalności i już po chwili trzymamy w ręce wydrukowane dokumenty. Chwilę później rezerwujemy lot do kraju: mamy 4 godzinną przesiadkę w miejscowości Visakhapatnam, która nie respektuje wniosków internetowych, ale ostateczną naszą destynacją jest New Delhi, gdzie nie ma z tym problemu.
Wysiadamy z samolotu i już po chwili kierujemy się za znakiem na niewielką stronę tranzytową, jednak młody Hindus podbiega i kieruje nas w stronę celników. Mówimy mu, że za 4 godziny mamy przesiadkę i nie wychodzimy z lotniska, on jednak nalega, więc idziemy.
Gdy przychodzi nasza kolej i podchodzimy do celników ci biorą nas do swojej kanciapy gdzieś na zaplecze i mówią, że ta wiza tutaj nie jest ważna. Tłumaczymy im, że tuta nie zostajemy, że mamy 4-godzinną przesiadkę i lecimy do New Delhi gdzie wiza obowiązuje.
„Niestety nie możemy was wpuścić” mówi kolejny celnik.
„Ale ja do cholery nie chcę wyjść z tego lotniska, mogę tutaj nawet siedzieć i czekać przykuta do biurka na swój lot, jeżeli chcą mnie panowie mieć na oku”
„Nie, nie, muszą państwo wrócić do Kuala Lumpur”
„Coooo?!?!?! Chyba pan żartuje”
„Nie, samolot odlatuje za niecałą godzinę”
„Mam wizę, nie wychodzę na zewnątrz, macie strefę tranzytową i pan mi mówi, że mnie pan nie wpuści i że muszę wracać? A co z moim lotem do New Delhi? Rozumiem, że zwrócicie mi pieniądze?”
„Niestety nie możemy was wpuścić” powtarza w koło Hindus, a ja naprawdę mam ochotę go zabić.

Chwilę później pojawia się mężczyzna z AirAsia i mówi, że za 250$ od osoby możemy lecieć do Kuala Lumpur. Wytrzeszczamy na niego oczy i mówimy, że chyba oszalał i że na pewno nie zapłacimy takiej kwoty. Kłótnia na ten temat trwa z dobre 10 minut, Hindusy chcą się nas jak najszybciej pozbyć, a my gramy na czas. Do odlotu zostało jakieś 20 minut.
„Nie zapłacimy 250 dolarów i już, zresztą nawet tyle przy sobie nie mamy”

Dzwoni telefon ponaglający, że zaraz zamykają samolot, mężczyzna bierze nasze torby i prowadzi nas przez bramki do samolotu : „okej, 25 dolarów od osoby” – schodzi 10-krotnie z ceny, a my już wiemy, że koleś chce sobie po prostu dorobić – przecież nie dostajemy żadnego biletu, samolot jest prawie pusty, więc nikt go z tego nie rozliczy.
„Dobrze, 25 dolarów pasuje z tym, że będziemy płacić kartą” mówimy do niego z ironicznym uśmiechem. Mężczyzna rzuca naszymi torbami krzycząc jak możemy nie mieć tylu pieniędzy w gotówce, a my już jesteśmy pewni, że cała ta sytuacja z kupnem biletu robiona jest na lewo.
Podchodzi do stewardesy, daje jej paszport i mówi, że mamy zapłacić w Kuala Lumpur po przyjeździe i dopiero wtedy zwrócą nam dokumenty. Gdy docieramy na miejsce podchodzimy do obsługi samolotu, tłumaczymy cała sytuację, a ci bez niczego oddają nam paszporty mówiąc tylko, że zachowanie celników było poniżej bardzo niesympatyczne i że jakby chcieli to bym nam pomogli, ale najwyraźniej takiej ochoty nie mieli.

Początkowo nie mam już ochoty tam wracać, ale Rostek już dawno ma zarezerwowany apartament (o czym ja nie mam pojęcia), więc kupujemy bilet na kolejny dzień i lecimy, tym razem bezpośrednio do stolicy.

 

Zaufanie do podstawa

Gdy już w końcu odzyskaliśmy naszego skradzionego laptopa było już grubo po północy. Najbliższy hotel znaleźliśmy dwa kilometry od komendy, a jako, że wiele nasłuchaliśmy się o porwaniu białych przez taksówkarzy w Managui, postanowiliśmy pójść pieszo. Szybko jednak stwierdziliśmy, że popełniliśmy gigantyczny błąd. Czym dłużej szliśmy tym mroczniej zaczęło się robić. Latarni nie było, przejezdne samochody trąbiły na nas jak oszalałe, gdzieś w oddali zataczała się dwójka pijanych mężczyzn… Do hotelu dalej był ponad kilometr, a my byliśmy coraz bardziej przerażeni. Pomyślałam, że jeżeli nas tutaj napadną to nie mamy szans. Wzięłam więc z drogi duży kamień-cegłówkę i w tym momencie podjechał stary samochód. Z okien wydobywał się dym, mężczyzna który prowadził był łysy i tęgi – stereotyp polskiego bandyty, a na przednim siedzeniu jechał młody chłopczyk, cały w smarze.
Nikaraguańczyk macha nam żebyśmy wsiadali, a ja jeszcze mocniej ściskam kamień w ręce. „Nie ma mowy!” mówię do Rostka, a koleś jeszcze bardziej zaczyna nas zachęcać, żebyśmy weszli i bardzo łamanym angielskim pyta gdzie idziemy. Mówimy mu nazwę hotelu, a on mówi, że nas podwiezie, bo obecnie jesteśmy w bardzo niebezpiecznej dzielnicy.
Gdzieś w oddali dalej słychać okrzyki pijanych ludzi, a Rostka do wejścia do samochodu przekonuje fakt, że w środku jest dziecko. Biorę więc kamień ze sobą, na wszelki wypadek i wsiadamy. Rostek z nawigacją w ręce instruuje kierowce gdzie ma jechać, jednak hotel przepadł i nie potrafimy go znaleźć. Mężczyzna nie odpuszcza i bardzo chce nam pomóc, więc dzwoni do żony.
Żona okazuje się być Kanadyjką, która płynnym angielskim rozmawia z nami przez telefon: „O tej porze większość hoteli jest pozamykana na trzy spusty, ludzie się tu boją. Wiem, że w ogóle się nie znamy, ale zapraszam do nas, mamy wolny pokój. Mąż jedzie jutro rano do pracy i was odwiezie”. Patrzymy na siebie z Rostkiem, kiwamy głową, ryzykujemy.
Podczas jazdy mężczyzna po raz kolejny tłumaczy nam, że dzielnica po której chodziliśmy słynie z tego, że ludzie zabijają nawet za telefon, a z białymi to już na pewno nie mieliby skrupułów. Widać, ze jest bardzo zakochany w swojej żonie, bo w schowku wozi cały album jej zdjęć. Do małego domku na niewielkim osiedlu dojeżdżamy przed 2 w nocy. Witamy się z żoną, która oprowadza nas po mieszkaniu, daje świeże ręczniki, żel pod prysznic i lokuje nas w pokoju… z klimatyzacją! (ostatni raz taki mieliśmy w Indiach!). Rozmawiamy, bierzemy kąpiel i kładziemy się spać. O poranku czeka już na nas pyszne śniadanie: gallo pinto, nikaraguańska kawa, świeże owoce. W trakcie jedzenia kobieta opowiada nam o Kanadzie, o swoich synach, których tam zostawiła, o Nikaragui, o przeprowadzcce i o tym, że jej mąż średnio raz na tydzień zwozi jej nowo poznanych ludzi do mieszkania :p
Godzinę później jesteśmy już w stolicy.
Chyba czasem warto zaufać :)

Sin título-2

 

Moglibyśmy jeszcze opowiadać godzinami: o przerażającym kierowcy tira w Meksyku, o poznaniu Mariki, o cyklonie na Fidżi, o mandacie w Australii, o nocy nad rzek Kinabatangan, o spaniu na stacji benzynowej w Kostaryce, o kąpielach na lotnisku, o autostopie z Gold Coast do Brisbane, o 50 letnim małżeństwie podróżującym przez świat kajakiem…

Podczas tej podróży przekonaliśmy się, że to świat pisze najlepsze historie..

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Także warto przeczytać...

7 Comments

  • Reply Na lewo od centrum 24 maja 2016 at 5:08 pm

    Dobrze się Ciebie czyta, Sandro! :) Zdjęcie Rostka z drugą twarzą wyglada znajomo, bo równy rok temu zdarzyło mi się wyglądać podobnie. Ale i tak historia o migocących światełkach na filipińskim dachu jest moją ulubioną. Dla małych rzeczy się podróżuje i dla tych krótkich chwil.

  • Reply Gadulec 24 maja 2016 at 6:41 pm

    Ile odwiedzonych miejsc tyle historii :) Chciałabym tego wszystkiego posłuchać na żywo. Mam nadzieję, że planujecie jakieś prelekcje w polskich miastach? ;)

    • Reply Sandra 25 maja 2016 at 8:11 am

      Ojj, my chyba się do tego nie nadajemy :p
      Stresujemy się, mylimy słowa albo mamy słowotok – jeszcze by z tego kabaret wyszedł :D

      • Reply Gadulec 30 maja 2016 at 12:58 pm

        Kabaret podróżniczy to całkiem dobry pomysł :D A tak na serio to byłoby super jakbyście jednak spróbowali ;)

  • Reply Magdelena 24 maja 2016 at 6:48 pm

    Czekam na drugą część :)

  • Reply Kasia (Slow przez życie) 24 maja 2016 at 9:11 pm

    Wasze przygody są niesamowite! Czytałam ten wpis z zainteresowaniem :) Zauważyłam, że podróży często tak jest, że właściwie każda przygoda lepsza lub gorsza, zamienia się później w ciekawą anegdotkę! :)

  • Reply Agnieszka Ilnicka 7 czerwca 2016 at 1:19 pm

    Eh ta obrączka! Hahaha :D ale ważne, że się znalazła!

  • Odpowiedz na „GadulecCancel Reply

    Current ye@r *