Australia, Australia i Oceania, Podróż dookoła świata, Świat

W samym środku Australii. Uluru, Kings Canyon, The Olgas.

2 marca 2016
red centerr

Red Center. Długo zastanawialiśmy się skąd ta nazwa. Center – może, w końcu jesteśmy w samym środku kraju. Ale Red? Australia, którą do tej pory widzieliśmy była turkusowa (ocean), złocista (pustynie, plaże) albo zielona (Park Narodowy Kakadu).

W końcu wjechaliśmy do Alice Spring, termometr na zewnątrz pokazywał 50 stopni Celsjusza, a biała maska naszego samochodu zarumieniła się na czerwono od pyłu – i zrozumieliśmy o co chodzi.
Czerwone jest tutaj wszystko – każda droga, pobocze, kamień i głaz. Nawet niebo o poranku i zachodzie mieni się we wszystkich odcieniach purpury, różu i czerwieni.

Red Center to przede wszystkim  wspinaczki i trasy widokowe. Cieszyliśmy się, że w końcu będziemy mogli się trochę „zmęczyć”.
Do Kings Canyon przyjechaliśmy koło 5 rano. Jest to najlepsza pora na rozpoczęcie trekkingu, a brama zamykana jest koło 9 – po tej godzinie wejście na szlak grozi karą, ze względu na zbyt duże niebezpieczeństwo (wysokie temperatury, odwodnienie, palące słońce). Początek jest dość wymagający – półgodzinna wspinaczka po kamiennych schodach na sam szczyt kanionu. Odpadam już po 5 minutach i to bynajmniej nie przez złą kondycję, lecz przez dający się we znaki już od ponad dwóch tygodni żołądek i zawroty głowy. Jestem zła, bo by uniknąć tych „rewolucji” głodziłam się cały wcześniejszy dzień. Rostek proponuje spróbować następnego dnia, ale się nie daję. „Jutro będzie futro” – pyskuję i wstaję z posadzki, zbyt szybko. Do mojego mózgu nie dociera tak szybko podjęta przeze mnie decyzja o zmianie pozycji, co sygnalizuje ciemnością przed oczami. Znów kurczowo chwytam Rostka. Nie jest przekonany co do tego pomysłu, ale ze mną nie ma dyskusji.
W końcu docieramy na sam wierzchołek, akurat wtedy gdy słońce zaczyna kolorować na czerwono ściany kanionu. Jest pięknie, wieje lekki wiatr, a droga zapowiada się prosta i przyjemna.
Mój żołądek co prawda dalej bulgocze, ale staram się stłumić wszystkie objawy i już po chwili o nim zapominam. Droga czaruje. Czasem wiedzie wzdłuż krawędzi, czasem przez niewielkie wąwozy, czasem obok małych jezior. Gdzieniegdzie powysuwane są punkty widokowe, tarasy, mosty. Błękitne niebo pięknie komponuje się z czerwonymi skałami i zazielenionymi pojedynczymi drzewami.
Całość zajmuje nam około 3 godzin – bardzo wolnym tempem. Koło godziny 9 jesteśmy już przy samochodzie, uzupełniamy zapasy wody i ruszamy dalej.

IMG_0085 IMG_0092 IMG_0099 IMG_0104 IMG_0108 IMG_0133 IMG_0141 IMG_0154 IMG_0146 IMG_0216 IMG_0189 IMG_0193 IMG_0227 Bez nazwy-1 IMG_0178

Popołudniu dojeżdżamy do małego miasteczka Yulara, kupujemy najpotrzebniejsze artykuły spożywcze i już po chwile mkniemy w stronę ikony Australii – Uluru. 25 dolarów wstępu na osobę (ważne na 3 dni) wydane w ciągu 3 minut jest bardzo bolesnym doświadczeniem, ale już po chwili naszym oczom ukazuje się monolit o wysokości 300 metrów i obwodzie 8 km. I co tu dużo mówić – jest po prostu piękny. Tego dnia oglądamy go tylko z daleka. W świetle zachodzącego słońca skała zmienia swe kolory i barwy.  Pustynia, brak jakichkolwiek większych drzew, przestrzeń i przeogromny głaz, naprawdę robią wrażenie. Z daleka wygląda na idealny-kształtem monolit.

Bez nazwy-2 IMG_0240 IMG_0247 IMG_0253

Całe nasze wyobrażenie zmienia się następnego dnia kiedy zmieniamy perspektywę i … odległość. Na wschód słońca oczywiście się spóźniamy i udaje nam się wyłapać tylko ostatnie promienie. Jesteśmy jednak na tyle szybko, by podejście bliżej nie było zbyt męczące. Jedną z tras podjeżdżamy pod samą ścianę i dopiero teraz widzimy wszystkie ciekawe formacje. Po cichu dołączamy do zagranicznej wycieczki z przewodnikiem, który opowiada o jaskiniach służących niegdyś Aborygenom za spichlerz, o polowaniach na pobliskie zwierzęta, o naturalnych basenach wytworzonych na brzegu skały, o piaskowcach zawierających różne minerały. Zwraca uwagę na ważność tego miejsca dla ludu Aborygenów, pokazuje wspaniałe malowidła, tłumaczy skąd wziął się tak intensywny kolor czerwieni.
Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem tego miejsca i żałujemy, że po raz kolejny moja choroba pokrzyżowała nam plany na tyle, by nie móc przejść Uluru dookoła (natomiast wynajem roweru na dzień to kwota 30 dolarów).

IMG_0264 IMG_0299 IMG_0293 IMG_0296 IMG_0262 G0606092 IMG_0280

Jest jeszcze dość wcześnie, więc decydujemy się na zobaczenie The Olgas – zapomnianej siostry Ayers Rock. Większość tras z powodu temperatury jest zamknięta, wybieramy jedną z ostatnich, bierzemy zapas wody i już po chwili maszerujemy na punkt widokowy.  Kolejny raz mój organizm odmawia mi posłuszeństwa, wiem jednak jak bardzo zależy Rostkowi by wejść w głąb Kata Tjuta. Upewniam go, że nic mi nie jest, biorę połowę zapasów wody i siadam pod jednym z drzew. Rostek samotnie maszeruje w głąb wąwozu. Po pół godzinie wraca z kilkoma zdjęciami, dziwnymi historiami, które mogły się przydarzyć tylko mu i wracamy do samochodu.

IMG_0322 IMG_0317

Cały region zrobił na nas niebywałe wrażenie. Zadziwiły nas gigantyczne przestrzenie, bezdroża, kolorystyka, surowość tego miejsca. Red Cener to z pewnością perła Australii.

Także warto przeczytać...

No Comments

Leave a Reply

Current ye@r *