Azja, Indie, Podróż dookoła świata, Świat

Najtrudniejsze rozstanie w podróży. Wolontariat w Indiach.

24 lutego 2016
wolontariat

Pobudka, godzina 9 rano. Do naszych drzwi puka Santan ze świeżo zaparzonym czajem (indyjska herbata z mlekiem i masalą), ciepłym roti i warzywnym curry. Śniadania i obiadokolacje codziennie wyglądają tak samo. Tylko smak curry się zmienia. Nasze europejskie żołądki marzą o toście z serem i gorącej czekoladzie, ale nie chcemy robić przykrości naszemu opiekunowi, więc z uśmiechem na twarzy wcinamy indyjskie placuszki popijając specyficznym napojem. Santan pyta o dokładkę, ale grzecznie dziękujemy.
Pokój, który przez tydzień staje się naszym drugim domem, jest tak naprawdę schowkiem na dokumenty i stare przedmioty z pojedynczym łóżkiem. Dzielimy go razem z niewielką myszą, która według naszego Hindusa jest niegroźna. Majka, bo tak nazwaliśmy naszego współlokatora, faktycznie wydaje się być przyjazna i ciekawa świata. Nie boi się wchodzić nam do łóżka i jeść nasze czipsy.

Bez nazwy-3

Mamy kilka godzin do rozpoczęcia zajęć, więc wychodzimy i kierujemy się w stronę centrum. Po drodze targujemy się ze sprzedawcą o cenę pomarańczy, a u kolejnego tragarza kupujemy kilo bananów i już po chwili mkniemy metrem w stronę głównego bazaru. Krążymy, kosztujemy egzotycznych owoców, zaopatrujemy się w siateczki z popcornem sprzedawanym na wagę, pijemy sok z trzciny cukrowej, po czym wracamy do mieszkania.

Na zegarze dochodzi godzina 14, więc powoli udajemy się w stronę szkoły, znajdującej się w centrum najbiedniejszej dzielnicy – w delhijskich slumsach. Mijamy dwie krowy zajadające się odpadkami na wysypisku śmieci, machamy starszemu panu w turbanie na głowie, który siedzi na ganku swojej chatki, uśmiechamy się do kobiety w kolorowym sari, robiącej pranie w plastikowej misce, przeciskamy się przez tłum ludzi stojących w kolejce po świeżą wodę, próbujemy nie zgubić się w labiryncie uliczek…

Jeszcze jeden zakręt i jesteśmy na miejscu. Wchodzimy do niewielkiej betonowej klasy bez krzeseł, ściągamy buty i już po chwili siedzimy na podłodze. Do sali zaczynają wchodzić pierwsze dzieci z uśmiechem na twarzy. Po kolei podbiegają do małej szafy, w której znajdują się ich zeszyty i długopisy.
Niektóre dzisiejszego dnia będą uczyć się hindi, geografii i przyrody – siadają więc niedaleko swojej nauczycielki. Inne planują angielski i podstawy matematyki, więc szybko wybierają jedno z nas.

Soni, 13-letnia hinduska o długich ciemnych włosach, jest nieśmiała. Podsuwa mi pod nos zeszyt z zadanym dzień wcześniej zadaniem domowym. Zadanie z angielskiego rozwiązała śpiewająco, więc stawiam jej dużą uśmiechniętą buzię. „Maybe math today?” – zagaduje. I już po chwili rozwiązuje tabliczkę mnożenia, dzielenie w słupku i dodawanie.

Preeti chce poznać wszystkie owoce i warzywa. Wyciągam więc zza szafy gigantyczną tablicę z rysunkami. Chyba żadne z dzieci nie zapamiętuje tak szybko wyrazów jak ona. Już po godzinie zdaje mini-sprawdzian na 6 i pomaga swojej młodszej koleżance.

Po godzinie 3 w klasie pojawia się nasza ulubienica – Mavita. 8 letnia łobuziara, która skradła nasze serca już pierwszego dnia. Mimo młodego wieku zaskakuje znajomością wielu słówek, a jeśli czegoś przekazać nam nie potrafi – po prostu to rysuje. Zadziorna i pyskata zdecydowanie rządzi młodszymi dzieciakami w szkole. Jej 5-letni brat Payal, nie odstępuje jej na krok, przepisując drukowane literki w zeszycie.

Aditya to 10-letni mózg matematyczny. Mnoży po przecinku, dodaje w pamięci, dzieli przez dziesiętne. Dobrze, że zawsze wybiera do nauki Rostka, bo dla mnie to czarna magia. Gdy już brakuje im wspólnie pomysłów na ciężkie zadania, zaczynają obgadywać dziewczyny  i rysować śmieszne rysunki.

Dzieci wchodzą do klasy, rozwiązują kilka zadań i wychodzą. W sali trwa ciągły ruch – każdy chce się czegoś nauczyć i nikt nie cieszy się na nadchodzącą niedzielę, która oznacza dzień wolny od szkoły. Czasem wychodzimy wspólnie na pobliskie boisko. Gramy w krykieta, chowanego, berka, wyścigi, śpiewamy, tańczymy. Justin Bieber jest tutaj naprawdę popularny!

Tydzień mija nam za szybko. Gdy pod koniec naszej ostatniej lekcji wstajemy i ogłaszamy, że to nasz ostatni dzień, zapada ogłuszająca cisza. Kilkanaście par oczów skierowane jest w naszą stronę. W końcu Mavita po cichu pyta: „dlaczego?”, a mi prawie pęka serce.
O ile powiedzieć nauczycielce, że kończy nam się wiza nie jest problemem, tak dziecku nie wytłumaczysz, bo nie zrozumie, bo stwierdzi, że po prostu odchodzisz…

Podczas tych kilku miesięcy poznaliśmy wiele osób, ale to właśnie z grupą dzieciaków ze slumsów było nam się najciężej rozstać i to za nimi, wciąż, tęsknimy najbardziej.

Rozstania, to najtrudniejszy element podróży.

IMG_2023 IMG_1998 IMG_2049 IMG_2113 IMG_2095 IMG_2008 IMG_2143 IMG_2197 IMG_2179 Bez nazwy-2 IMG_2219 IMG_2144 IMG_2058 IMG_2077 Bez nazwy-1 IMG_2182 Bez nazwy-4

Także warto przeczytać...

3 Comments

  • Reply Kate 24 lutego 2016 at 7:53 pm

    Jesteście niesamowici! Podziwiam Was za dobre serce, przepełnione miłością nie tylko do siebie wzajemnie, ale także do (między innymi) tych dzieciaków. Pozdrawiam, życzę zdrowia, a także aby to dobro i energia, którą dajecie ludziom, wróciła z podwójną mocą ;)

  • Reply Matis Sebastian 25 lutego 2016 at 10:49 am

    tęsknić będziecie zawsze, nie można być wszędzie jednocześnie. i całe szczęście ;)

  • Reply Azja - ceny transportu, atrakcji i noclegów. - Świat według RostkówŚwiat według Rostków 8 marca 2016 at 8:08 pm

    […] Najtrudniejsze rozstanie w podróży. Wolontariat w Indiach. […]

  • Leave a Reply

    Current ye@r *