Ameryka Północna, Nikaragua, Podróż dookoła świata

O tym jak skradziono nam laptopa, jak go odzyskaliśmy i jak działa policja w Nikaragui.

17 sierpnia 2016
laptop

Budzę się rano w pustym pokoju bez okien, w którym stoi jedynie łóżko i stara sofa. Motel, w którym spaliśmy, stoi blisko głównej drogi i wynajmowany jest na godziny. Obok drzwi wisi urządzenie, które pozwala wybierać dowolny kolor światła i puszcza „zmysłową” muzykę. Nikomu nie trzeba tłumaczyć jaki to rodzaj przybytku.

Przez chwilę zastanawiam się co ja tutaj właściwie robię. W duchu liczę, że wydarzenia z poprzedniego dnia są tylko złym snem, koszmarem. Że to się w ogóle nie wydarzyło.

Ale od początku…

Dojazd z Salwadoru przez Honduras do Nikaragui zajmuje nam cały dzień. Cudem udaje nam się zdążyć na ostatni autobus spod granicy do kolonialnego miasteczka Leon, w którym zamierzamy spędzić co najmniej tydzień. Już drugiego dnia udaje nam się znaleźć piękny hostel w atrakcyjnej cenie razem z kuchnią, hamakami, telewizorem, fajnym towarzystwem i to w dobrej lokalizacji. Czas upływa nam na gotowaniu wspólnych posiłków, na spacerach o zachodzie słońca po uliczkach miasta, na piciu szejków, na zakupach na lokalnym targu i rozmowach z przyjaznymi mieszkańcami miasta.
Tydzień jednak mija szybko, a my stajemy przed mapą Nikaragui znajdującą się w recepcji i zastanawiamy się: gdzie dalej?
Trafia na Jiquilillo – malutką backpackersą miejscowość nad Oceanem. Pakujemy się, łapiemy chickenbusa do Chinandegi, riksze na dworzec, a potem kolejnego chickenbusa do Jiquilillo.

_________________________________

Autobus wypełniony jest prawie po brzegi, a jedyne wolne miejsca są z przodu pojazdu, zaraz przy kierowcy. Swoje torby dajemy nad głowy po przeciwnej stronie (popełniając tym samym pierwszy największy błąd). Od razu dodajmy, że normalnie nie jesteśmy tak nieodpowiedzialni. Zazwyczaj śpimy przytuleni do laptopa, z aparatem w śpiworze. Zazwyczaj liczymy wydawane pieniądze dwukrotnie, a karty kredytowe mamy pochowane w specjalnych kieszonkach. Co nas podkusiło, żeby torbę z laptopem położyć tak daleko od nas w autobusie, w którym panuje zamieszanie i ciągły ruch? Może to zmęczenie, może głupota, może złudne zaufanie jakim obdarzyliśmy przyjaznych Nikaraguańczyków, a może po prostu po tak długim czasie w podróży straciliśmy czujność..

Podróż trwała dwie godziny, a w między czasie przez chickenbusa przewijały się tabuny kobiet sprzedających smażone kurczaki, dziesiątki mężczyzn, którzy wysiadali po kilkunastu minutach oraz tłumy dzieci wracających ze szkoły. Szybko straciliśmy nasze plecki z oczów, gdzieś podświadomie myśląc, że przecież ktoś zareaguje jeśli będą nas okradać.

W końcu docieramy do Jiquilillo. Bileterzy podają nam przez drzwi nasze torby i ruszają dalej, a my widzimy, że coś jest nie tak. Nasze plecaki są przekopane i pootwierane ze wszystkich stron. Szybko otwieram swój i z ulgom stwierdzam, że nic nie zniknęło. „Nie ma laptopa!” – wykrzykuje do mnie Rostek, a słowa te słyszę w mojej głowie do dziś.
„Goń ich!” krzyczę do niego, a Rostek zaczyna biec za autobusem. Biorę aparat, proszę dwójkę Nikaraguańczyków, których dom znajduje się niedaleko przystanku o przypilnowanie ubrań i biegnę w jego stronę. Wszystko we mnie się gotuje. Otwieram tylne drzwi: „Nikt nie wyjdzie z tego autobusu, dopóki wszystkich nie sprawdzimy!!” – krzyczę po angielsku chociaż wiem, że i tak mnie nikt nie rozumie. Wyrywam każdemu torbę, siatkę, reklamówkę i dokładnie przeglądam. Mam świadomość, że zachowuję się irracjonalnie, bezczelnie, ale w tamtym momencie nic mnie to nie interesuje. Rostek w tym czasie rozmawia z kierowcą i dwójką bileciarzy, którzy z ironicznym uśmieszkiem mówią, że nic nie widzieli. Mężczyźni, którzy w zatłoczonym autobusie potrafią znaleźć małą dziewczynkę, która nie zapłaciła za bilet, którzy podczas dwugodzinnej jazdy robią po pojeździe przynajmniej 100 kursów, mówią, że NIC nie widzieli, dalej uśmiechając się pod nosem.

Trzaskamy drzwiami i wracamy po swoje ubrania. Siadamy na poboczu, słońce jest już w zenicie i nieźle grzeje. Nie ubolewamy nad stratą laptopa, to tylko sprzęt, który przecież można odkupić. Ale świadomość, że straciliśmy wszystkie zdjęcia i film z tej podróży jest nie do przeżycia. Z minuty na minutę dochodzi do nas, że o ile pewne zdjęcia jesteśmy w stanie odzyskać z blogowego serwera, tak większość plików przepadła na dobre. Zastanawiamy się czemu byliśmy tak głupi i nie zgrywaliśmy ich na chmurę?

Po godzinie podejmujemy decyzję, że najlepsze co w tej chwili możemy zrobić to zgłosić sprawę na policję. Szybko dowiadujemy się, że najbliższy chickenbus odjeżdża za godzinę. Każda minuta się dłuży, a każdy mijany mieszkaniec z uśmiechem na ustach denerwuje nas jak nigdy. Gdy tak siedzimy na poboczu drogi podchodzi do nas starsza kobieta i zaczyna szybko mówić po hiszpańsku. Na początku w ogóle jej nie słuchamy, ale po chwili w jej wypowiedzi wyłapujemy słowo „laptop”. Wołamy dziewczynę, która chwilę wcześniej łamanym angielskim tłumaczyła nam gdzie jest najbliższy komisariat i jak do niego dojechać. Chwile dyskutują.
„Wiem gdzie jest wasz laptop” – mówi po chwili młodsza.
„Gdzie?!” – wykrzykujemy jednocześnie.
„W Ingenio Monte Rosa” – stwierdza ze spokojem dziewczyna.
„Gdzie to jest? I czemu tam? Skąd wiesz? Co ona Ci powiedziała? Jak tam dojechać?” – zasypujemy ją pytaniami.
„Ta kobieta powiedziała, że było ich dwóch. Jeden miał niebieską koszulkę. Drugi miał na rękach tatuaże. Wysiedli w Ingenio. Mówi, że widziała jak wyjmują laptopa i wsadzają go do koszyka” – tłumaczy, a ja od razu kojarzę mężczyznę z tatuażami. Wsiadał z nami na samym początku. Zaczyna w nas narastać gigantyczna złość. Mam ochotę wykrzyczeć: Babo, jak mogłaś nie zareagować, nie dać nam znać, nic nie powiedzieć, przecież widziałaś, że nas okradają!
Szybko jednak dochodzę do wniosku, że kobieta może być jeszcze pomocna i lepiej jej nie obrażać. Rostek prosi ją o powiedzenie tego wszystkiego jeszcze raz i nagrywa ją na komórkowy dyktafon. Kobieta zapisuje swoje dane na kartce, nie podając jednak swojego numeru telefonu.

Na mapie sprawdzamy gdzie jest miejscowość Monte Rosa i z radością stwierdzamy, że to malutka mieścinka. Wraca do nas cała nadzieja. W dodatku mężczyzna, przez tatuaże, jest dość charakterystyczny. Wsiadamy do chickenbusa i jedziemy do El Viejo, miejscowości, w której znajduje się najbliższy komisariat. Razem z nami  idzie kierowca i dwójka bileciarzy, których poinformowaliśmy, o naszych zamiarach.

___________________________________

Na komendzie nikt się nami nie interesuje. Każdy nas zbywa i nikt nie chce podjąć się naszej sprawy. Oczywiście jesteśmy na straconej pozycji, bo o ile w restauracji zamówimy po hiszpańsku ulubione danie, tak nikomu nie wytłumaczymy w tym języku co się stało. Mamy jednak kartkę z opisem całej sytuacji, którą przygotowała dla nas dziewczyna.
Udaje nam się w końcu przykuć czyjąś uwagę. Co więcej policjant dzwoni do znajomej, która ma być naszym tłumaczem. Wszystko zaczyna iść w dobrą stronę. Ale tylko przez chwilę.
Trafiamy na wyjątkowego służbistę, który oprócz spisania naszych zeznań postanawia mieć na papierze wszystkie nasze dane. Przez 15 minut spisuje nasze imiona, nazwiska i daty urodzenia. Pisze na maszynie do pisania, gdyż komenda nie posiada komputerów. Gdy po raz piąty pyta o naszą narodowość zaczynam się denerwować, ale w momencie, w którym chce znać imiona naszych rodziców, kolor naszych oczów, w co byliśmy ubrani i w jakim mieście się urodziliśmy – nie wytrzymujemy i pytamy czy to naprawdę konieczne. Wszystko to trwa półtorej godziny. Kolejne tyle schodzi na spisanie kierowcy i dwójki bileciarzy. Godzinę dyskutujemy na temat całego wydarzenia, mężczyzna kilka razy odsłuchuje zeznania kobiety, która wszystko widziała. Po 10 minutach stwierdza: „Ta mała dziewczynka, która wam to wszystko tłumaczyła – podejrzewam, że to jej tata was okradł”.
Dębiejemy.
„Coooo?!?!?! Przecież go nawet tam nie było, jak wyszliśmy z autobusu to on siedział na swoim podwórku razem z córeczką” – mówimy.
„Nie, nie, nie, to na pewno był on. Dzisiaj już jest późno, ale jutro do niego pojedziemy i z nim porozmawiamy” – stwierdza stanowczo, zabiera swoją maszynę do pisania i wychodzi z biura.
Biegniemy za nim i wołamy, że to nie on, że przecież ma zeznania kobiety, która mówi, że to dwójka facetów z Monte Rosa, że jeden miał tatuaże, a drugi niebieską koszulkę, że tego mężczyzny NIE BYŁO W TYM CHICKENBUSIE.
„Weźcie taksówkę, jedźcie do hotelu, najbliższy jest w Chinadedze, a jutro się spotkamy tutaj koło 8 i pojedziemy do tego mężczyzny” – kwituje i wsiada do radiowozu.

Stoimy chwilę i zastanawiamy się co się właśnie wydarzyło. Po 5 minutach dociera do nas, że nic już tutaj dzisiaj nie zdziałamy. Łapiemy pierwszą lepszą taksówkę, która proponuje zaporową kwotę. Jest 11 w nocy, a my jesteśmy na nią skazani. Mężczyzna obwozi nas po pobliskich hostelach, jednak ceny, które rzucają recepcjoniści (40-60 dolarów za noc w piwnicy bez okien) wydają się być nierealne. Nie wierzymy w to co się dzieje. W końcu wkurzony taksówkarz, który jeździ już z nami dobre pół godziny zawozi nas do obskurnego motelu wynajmowanego na godziny, w którym co chwila pojawia się na nową „zakochana para”. Przy każdym pokoju jest nawet zamykany garaż, by nikt nie widział  rejestracji samochodu.

Jeszcze długo nie potrafimy zasnąć. Odtwarzamy w głowie wszystkie scenariusze i zastanawiamy się jakie mamy szanse na odzyskanie sprzętu.

_______________________________

O poranku mężczyzna w recepcji rzuca nam dwukrotnie większą cenę niż tą na którą się umówiliśmy. Rzucamy mu jednak wyliczoną wcześniej kwotę i wychodzimy na ulicę z plecakami by złapać rikszę do El Viejo. Przed 8 stawiamy się  na komisariacie, ruszamy po 10, bo nas służbista musi pospisywać jeszcze kilka zeznań.
Dojeżdżamy na miejsce zdarzenia, a policjant przez 10 minut przesłuchuje mężczyznę,a przez kolejne pół godziny go spisuje.
Nasza cierpliwość sięga zenitu.
W końcu przychodzi do nas i pyta, w który dokładnie miejscu wysiedliśmy. Pokazujemy podniszczony płotek, a ten każe nam tam stanąć, bo musi zrobić nam kilka zdjęć w „miejscu zbrodni”.
Nie… jesteśmy w ukrytej kamerze. To nie może być prawda. Nie wierzę, że policja w Nikaragui jest tak żałosna. Nie wierzę, że policja podejrzewa jakiegoś przypadkowego kolesia, który nawet nie jechał z nami autobusem, że robią nam zdjęcia i że nikt nie bierze pod uwagę zeznań kobiety, która wszystko widziała. Nie wierzę, że nikt nie podejrzewa kierowcy i wspólników. Nie wierzę, że policja nie zapytała ich czy coś widzieli. Po prostu nie wierzę i jestem pewna, że to jakiś wielki żart.

Ze słownikiem w telefonie staramy się wytłumaczyć policjantowi, że warto byłoby jechać do miejscowości Monte Rosa, gdzie wysiadła dwójka złodziei. Policjant uważa jednak to za stratę czasu. Wpada na kolejny plan. Postanawia jechać na targ w Chinandedze, by poszukać kobiety, której zeznania mamy na dyktafonie.
Żebyśmy się dobrze zrozumieli, w każdej pobliskiej miejscowości prosperuje przynajmniej jeden targ, a nasz świadek mógł być na każdym z nich. Ten, który wybrał nasz policjant jest największy i ciągnie się przez kilka ulic, domów i placyków. Nasz policjant uważa, że znalezienie kobiety pozwoli odkryć nam „nowe poszlaki” i dzięki temu na pewno znajdziemy złodziei.

Absolutnie żaden z dwójki policjantów, która z nami jeździ nie ma pojęcia jak zabrać się za tą sprawę. Próbujemy ostatni raz: „Złodziej nie ukradł ładowarki, a laptop jest rozładowany. Może zadzwonimy do sklepów z elektroniką i powiemy, że jeśli ktoś będzie chciał kupić ładowarkę to mają to zgłosić? Sprawdziliśmy w Internecie i takich sklepów jest tylko kilka może akurat na tym wpadnie?”. Policjanci patrzą na siebie: „No jak chcecie to dzwońcie, ale lepiej jedźmy na targ znaleźć tą kobietę”.

Gdy dojeżdżamy na miejsce i nasz policjant (który absolutnie nie wie jak wyglądała ta kobieta) zaczyna chodzić między straganami i jej szukać, po prostu bierzemy plecaki, wysiadamy z samochodu, machamy dwójce policjantów i idziemy na autobus.
Nic tu po nas.

__________________________

Gdy bileciarz chickenbusa mówi, że mamy dać bagaże nad siedzenia chórem krzyczymy „No fuckin’ way!”.
Do Granady dojeżdżamy późnym popołudniem.
Szybko znajdujemy hostelik prowadzony przez młodego Australijczyka i ruszamy w poszukiwaniu nowego laptopa, który jest Rostkowi niezbędny do pracy. Dwa dni później zmierzamy w stronę Isla Omepete, gdzie osiadamy na kilkanaście dni. Gdy Rostek pracuje, ja nie odpuszczam i codziennie przeglądam na komórce nikaraguańskie fora, allegra, ebaya, zapisuje się do fejsbukowych grup ze sprzedażą sprzętu. Nie tracę nadziei, a każda nowa oferta z laptopem marki Dell przyprawia mnie o szybsze bicie serca.

Pewnego dnia Rostek wychodzi do sklepu po banany, jajka i bataty na obiad, a ja po raz setny wchodzę na każdą stronę by sprawdzić czy ktoś nie wystawia naszego laptopa. Nagle moim oczom ukazuje się Dell – nasz Dell!! Co do tego nie mam żadnych wątpliwości.
Europejska klawiatura, nasz procesor – wszystko się zgadza!

Rostka jak na złość nie ma, a ja przebieram nogami, żeby mu o tym powiedzieć.
„Ktoś wystawił naszego Della w stolicy!” – krzyczę mu już od progu.
„Co?!”
„No patrz!” – pokazuję ogłoszenie.
Rostek patrzy, przegląda zdjęcia, porównuje, czyta, tłumaczy opis z hiszpańskiego na polski.
„Tak, to nasz” – dodaje po chwili, a mnie rozpiera radość! Jest już późno, więc podróż do stolicy nie wchodzi w grę. Postanawiamy ruszyć o świcie. Zostawiamy wszystko, wierząc, że wrócimy wieczorem. Wsiadamy na prom, a potem do chickenbusa. Około 10 rano pojawiamy się na najbliższym komisariacie w Managui.

Screenshot_2016-05-03-02-55-17 Screenshot_2016-05-03-02-55-04

_______________________________

Rozentuzjazmowani zagadujemy do pierwszej lepszej osoby. Oczywiście po angielsku nada. Mamy jednak szczęście, bo na komisariacie jest młody student, który zgadza się być naszym tłumaczem. Podchodzimy do niskiej, pulchnej policjantki i opisujemy całą sytuacje.
„Mhm, no dobrze to dzwońcie do niego” – mówi
„Tak tylko, że my nie potrafimy po hiszpańsku”
„No to ja nie wiem jak wam pomóc” – stwierdza, a my po raz kolejny mamy mindfucka.
„Może Pani zadzwoni i postara się z nim umówić na kupno laptopa, mężczyzna jest tutaj z okolic?” – proponujemy nieśmiało.
„Ja? Nie ja nie. Nawet zresztą nie mam jak” – mówi, a obok niej stoi telefon.
„Będzie Pani mogła zadzwonić od nas” – mówimy już przez zaciśnięte zęby, starając się nie denerwować.

Kobieta niechętnie bierze nasz telefon i dzwoni. Pierwszy raz, drugi, czwarty, ósmy. Nikt nie odbiera. Próbuje z przerwami dobrą godzinę, ale w dalszym ciągu telefon milczy. Zaczynamy się stresować. Jesteśmy już tak blisko, mamy wszystko czego nam trzeba. Musi się udać!
W końcu po półtorej godzinie mężczyzna oddzwania, a nasza policjantka ustawia z nim spotkanie.
Oczywiście cała rozmowa toczy się w środku gwarnego komisariatu, w którym co chwilę ktoś krzyczy ‚policia‚. Sam fakt, że mężczyzna się nie rozłączył jest sukcesem.

Udaje się i po dwóch godzinach dwójka policjantów wraca z laptopem, mężczyzną w NIEBIESKIEJ koszulce oraz całą masą używanych iphonów, które złodziej ukradł innym turystom. Policjant pokazuje nam Della i pyta czy to na pewno nasz. Nie mamy wątpliwość – rysa na obudowie oraz wybrakowana gumka ochronna świadczą o tym, że to nasz laptop.

Jest godzina 15, a my zacieramy rączki. Już wkrótce wrócimy z laptopem na wyspę, gdzie będziemy mogli powoli odzyskiwać wszystkie zdjęcia! Dwójka policjantów już prawie oddaje nam nasz sprzęt. W tej chwili pokazuje się jednak komendantka główna, starsza kobieta z nieprzyjemnym wyrazem twarzy:
„Niestety nie dostaniecie tego laptopa. Sprawa była założona w El Viejo i to ich policja musi wam wydać sprzęt. Będą tutaj za dwie godziny. Spiszą co trzeba i dostaniecie swojego Della”.

Nie za bardzo rozumiemy dlaczego nie można załatwić tego faksem, pocztą, przez telefon, jakkolwiek inaczej. Komendantka jest nieugięta.Mija pierwsza godzina, druga, trzecia, szósta, a policji z El Viejo dalej nie ma. Pojawiają się po północy, a gdy z samochodu wychodzi znany nam już policjant z aparatem i swoją maszyną do pisania mam ochotę go zabić.

Wszystko znów ciągnie się jak krew z nosa. Spisywanie naszych zeznań trwa godzinę, kolejne 10 minut trwa robienie nam zdjęć z policją, z laptopem, bez laptopa. Kolejne pół godziny spisują złodzieja, stawiając nam ultimatum: albo jedziemy z nimi do El Viejo zeznawać, albo mężczyzna zostaje wypuszczony.

WIN_20160503_122747

Mężczyzna, który ukradł naszego laptopa. Zdjęcie, które znaleźliśmy na komputerze.

Nie mamy ochoty tłuc się przez pół kraju, więc rezygnujemy. Mamy go głęboko w poważaniu i chociaż uważamy, że kara mu się należy nie mamy na to siły.
5 minut później przychodzi komendant policji w El Viejo i stwierdza, że skoro nie chcemy jechać zeznawać to niestety, ale musimy zapłacić, przynajmniej 25 dolarów. Śmiejemy mu się głośno w twarz, pukamy się w głowę, bierzemy swojego laptopa i wychodzimy.

Z policją w Nikaragui nie chcemy mieć już nic więcej wspólnego.
Jest godzina 2 w nocy, a my zapuszczamy się w jedną z najbardziej niebezpiecznych stolic w Ameryce Środkowej, z laptopem w rękach, zastanawiając się czy przeżyjemy tą noc…

Także warto przeczytać...

6 Comments

  • Reply Wolves On The Road 18 sierpnia 2016 at 6:23 am

    O masakro! Cieszę sie ze udalo Wam sie odzyskać sprzęt :)

  • Reply nieśmigielska.com 19 sierpnia 2016 at 8:47 am

    o mamo, przeczytałam całe i skora mi cierpla, bo na nic nie jestem tak podatna jak na wkurw na czekanie, niekompetencje, niekorzystne zwroty akcji itp.
    w porownaniu z Wami nasze zgloszenie kradziezy na policji w la paz i san francisco to bajka – ale tez my nie mielismy nadziei na odzyskanie sprzętu, chcieliśmy tylko dokument do ubezpieczalni (z ktorej czekamy na odpowiedź po dziś dzień ;)
    laptop jak laptop, ale zdjęcia! nam ukradli plecak, ale laptopa na podłodze nie zauważyli… ale pierwsze co, to mi się ciemno przed oczami zrobiło, że straciłam wszystkie zdjęcia. cieszę się w każdym razie, że Wam się udalo odzyskać sprzęt.

  • Reply Życie w odległej Nikaragui. - Świat według RostkówŚwiat według Rostków 21 sierpnia 2016 at 9:07 am

    […] udając się do Jiquilillo, nadmorskiej, backpackerskiej miejscowości. Pech chciał, że okradziono nas w chickenbusie, więc po przygodach z nikaraguańską policją skierowaliśmy się do Granady, gdzie zakupiliśmy […]

  • Reply Przekraczanie granic i bezpieczeństwo w Meksyku i Ameryce Środkowej. - Świat według RostkówŚwiat według Rostków 28 grudnia 2016 at 3:15 pm

    […] Managua po zmroku, ale chyba każda stolica Ameryki Środkowej budzi po zmroku mieszane uczucia. Z własnego doświadczenia wiemy, że zdarzają się kradzieże, szczególnie w autobusach. Nikaraguańczycy są przyjaźni i uśmiechnięci. Jeśli potrafią to […]

  • Reply JO 25 maja 2017 at 4:39 pm

    jakiś czas temu w tej samej Nikaragui mieliśmy bardzo podobną historię (http://jegookiem.pl/kres-niewinnosci-czyli-o-tym-jak-zostalismy-okradzeni-w-huigalpie/), niestety bez happy endu :/ od czasu Waszej „przygody” nikaraguańska policja nie poczyniła znaczących postępów w łapaniu złodziejów i w naszym przypadku również okazała się zupełnie niepomocna. szukając rad w internecie, co można w takiej sytuacji zrobić, trafiłem na Wasz wpis. już wtedy miałem jakoś go skomentować, ale na chceniu się skończyło ;)

    minęły miesiące, my podróżujemy dalej, już po Ameryce Południowej. wczoraj wracaliśmy nocnym busem z Uyuni do La Paz. budzę się ok. 3 nad ranem, sprawdzam odruchowo swój plecak z laptopem, aparatem i innymi precjozami. i BUM – aparatu i komputera nie ma! kurwać, szok, niedowierzanie. znowu?! budzę Żonę i zaczynamy gorączkowo myśleć CO ROBIĆ?! w autobusie jest tylko kilka osób, połowa z nich to zagraniczni turyści. Żona chce iść do kierowca i powiedzieć mu, że nie ma prawa wypuścić nikogo z autobusu bez przeszukania każdego centymetra sześciennego jego bagażu. ale naszą uwagę zwrócił dziwnie zachowujący się lokals. zaczął nas pytać, czy idziemy do łazienki i zadawać inne pytania z dupy. wtedy Żona, z lekkim zmieszaniem, prosi go, żeby otworzył swoją torbę. i wiecie co było w środku? nasza elektronika! nawet ładowarkę zakosił je***y!

    i dlatego mobilizuję się, żeby napisać ten komentarz i Wam podziękować. gdyby nie Wasz wpis, pewnie nie wpadlibyśmy na pomysł z zatrzymywaniem autobusu grzebaniem ludziom w bagażach :) dzięki wielkie! i uważajcie na swoje malety w trakcie nadchodzącej podróży po Ameryce Płd.! najniebezpieczniejsze wydawały nam się Boliwia i Kolumbia.

    besos dla Was, celuvki za blogosferę :)

    • Reply Sandra 26 maja 2017 at 8:01 am

      To jest chyba jakaś zmora krajów Ameryki Środkowej i Południowej :(
      Internet aż huczy od podobnych historii.
      Cieszę się, że udało Wam się złapać złodziejaszka i że nie wysiadł z Waszym sprzętem wcześniej! :)

      Trzymamy kciuki za dalszą podróż :)

    Leave a Reply

    Current ye@r *