Ten ichniejszy Hel, tutaj nazywany jest Florida Keys.
Cóż możemy powiedzieć o nim czego nie powie Wam Wikipedia?
Tak, to prawda Florida Keys to setki wysp koralowych.
Tak, potwierdzamy – Seven Mile Bridge, łączący wysepki, na prawdę ma 7 mil.
I tak, Wikipedia nie myli się, mówiąc, że z najdalszego punktu, możemy pomachać Kubańczykom, bo to tylko 140 km dalej.
Tutaj nasza wiedza teoretyczna na temat archipelagu się kończy. Nie zabłyśniemy ciekawostką, szaloną datą czy zacnym nazwiskiem. Z ręką na sercu, o Florida Keys nie wiemy nic mądrego.
Jadąc tam, jedyne co mamy w naszych głowach, to zapamiętane z Internetu kolorowe obrazki, które koniecznie musi odtworzyć nasz aparat.
Odbieramy więc klucze do naszego wypożyczonego samochodu, wsiadamy i komu w drogę temu czas!
Wiatr rozwiewa mi włosy, słońce świeci, radio gra kubańskie rytmy i.. ale halo halo? coś tu nie pasuje! gdzie te widoki? gdzie moje bajowe krajobrazy? gdzie turkus wód i białość plaż? gdzie te przytulne wioseczki? gdzie domki na palach? gdzie moje palmy?!
„Rostek? na pewno jedziemy w dobrą stronę?”
Zjeżdżamy w jedną z pobocznych dróżek. Plaże całkiem inne niż te w Miami. Bardziej trawiaste niż piaszczyste. Spokojne, ciche, bez barów, sklepów czy toalet. Gdzieniegdzie para emerytów pluska się w rozgrzanej wodzie.
Gdzie te rafy?!
Trochę niepewnie suniemy dalej, znów lekkie odbicie od głównej krajówki i wjeżdżamy w świat malutkich BETONOWYCH domków z barwnymi okiennicami i zajazdami.
Gdzie moje bambusowe chatki?!
Dojeżdżamy do jednego z miasteczek. Brak tutaj żywej duszy. Nawet psa nie uraczysz.
Gdzie moi lokalsi?!
Jedziemy dalej, siedzę sfochowana na cały świat! A już na pewno na ten cały ‚Hel’! Co to ma być? Gdzie moje broszurkowe widokówki, które miałam stąd przywieźć? Gdzie moje marzenia?
I nagle przychodzi mi do głowy pewna myśl. A co jeśli o to w tym chodzi? Co jeśli na Florida Keys nie przyjeżdża się po to by oglądać podkoloryzowanych w Photoshopie krajobrazów? Co jeśli chodzi o to, żeby właśnie w tym miejscu poczuć się jak na krańcach świata. Jak w miejscu, o którym wszyscy zapomnieli?
Hmm, no jakby tak na to spojrzeć to może faktycznie.. no dobra, niech będzie, DAJMY SZANSĘ TEMU MIEJSCU.
I naglę, nie widzę już małych, odludnych plaż osadzonych zaraz przy lesie. Widzę małe, tylko-moje-prywatne plaże osadzone w całkiem nietypowym klimacie.
Nie widzę betonowych wiosek. Widzę małe, kolorowe, żyjące własnym-rytmem miasteczka.
A gdy dojeżdżamy do małego domku na plaży, który został nam ofiarowany prawie za darmo przez portal rezerwacyjny (jakiś błąd systemu) z prywatnym hamakiem i palmami (best day of my life!), który ma być miejscem noclegowym podczas naszego pobytu, zastanawiam się jak bardzo głupia byłam chcąc z tego miejsca zrobić drugie, przereklamowane Miami.
3 Comments
like w ciemno, przeczytam po pracy
mamy nadzieję, że będzie tego wart!
Przepiękna fotorelacja!
Przez chwilę poczułam się jakbym tam faktycznie była 

Pozdrawiam